-
Kersijana
Stanęła na jakimś wzniesieniu na dziedzińcu... Popatrzyła na zebranych... Rycerze, mieszkańcy Larii. zaczęła niepewnie i nieśmiało... Wiedziała że musi się przyznać do czegoś co nie spotka się z aprobatą. Być może to są jej ostatnie chwile wśród żywych, ale nie miała wyjścia...
Za murami miasta, Jeźdźcy Jatu plądrują i palą wioski. Za chwilę ruszą na miasto. Stoicie tu dumnie gotowi oddać Swe życie bo wiecie że to wasz dom... Tu w tym mieście macie rodziny i kochających was bliskich. Dla nich jesteście zdolni do poświęceń... Kersi nadal była niepewna ale mówiła coraz głośniej by wszyscy ją mogli usłyszeć. Gdy na was patrzę, obca osoba, która Was nie zna, widzę mężnych i oddanych ludzi. Oddanych sprawie..... Gotowych przeciwstawić się najeźdźcy bo nie godzicie się z nieprawością i gwałtem, mordem i barbarzyństwem. Wy stworzyliście to miasto a miasto tworzy Was. Tu jest wasz dom... to w nim się wychowaliście i w tylko w nim będziecie bezpieczni. Nie dacie wyrwać go sobie z rąk bo nikt inny jak Wy nie ma prawa do niego.
Kersijana poptrzyła na zebranych rycerzy...
Czekacie na waszego wodza, ale on nie przyjdzie... Gdy wróg bezkarnie plądruje, a wy gotujecie się bronić to co jest ważne, on w swojej komnacie zabawiać się chciał. Wy za niego gotowi byliście oddać swe życie, a on upokarzał swoją rodzinę. Podstępem i przemocą, jak ci barbarzyńcy za murami siła i gwałtem..
Wasz wódz Książę Alamar leży martwy... Ja go zabiłam.... Poniosę za to karę... Zabiłam go bo tak jak Wy nie godzę się na przemoc i tyranię.... Przysięgam tu, że nie ucieknę i gdy przyjdzie czas stanę przed sądem. Wedle prawa Waszą Panią i władcą Jest Teraz Księżna Anna.... Niektórzy z Was pomyślą że to spisek ale wiem też,, widziałam to w waszych oczach, tam na dziedzińcu gdy ten tyran bawił się uczuciami innych, że nie zgadzacie się z nim... To od Was teraz zależy czy Oddacie pokłon Księżnej Annie i w imię honoru staniecie przy jej ramieniu na mury by przeciwstawić się wrogowi, czy dacie ponieść się emocjom i zginiecie w bratobójczej walce... Ufam że jesteście mężnymi i prawymi rycerzami....
-
Kersijana:
Rycerze słuchali Cię w milczeniu, z uwagą, w największym skupieniu... Po ich twarzach widać, że wieści jakie im przekazałaś zaszokowały ich, w wielu wywołały wielki gniew. Ale w końcu sir Bowen postawił księżną na ziemi, każąc dwóm rycerzom ją przytrzymać, a sam wydobył swój miecz z pochwy. Mądrze prawi, nasz książę oddać się chciał bezecnym przyjemnościom, gdy my szykowaliśmy się do walki. Nie wińmy tej kobiety, za to że się broniła, nie teraz! Osądzimy ją po walce, a teraz skupmy się na nadchodzącej bitwie i na tym, że musimy bronić naszych żon, sióstr i dzieci! Pokłon dla księżnej Anny!
Zebrani rycerze wyciągnęli swe miecze i uklękli, acz wielu zrobiło to po dłuższej chwili wahania. Na twarzach wielu jest pragnienie zemsty jednak, słychać szemranie wśród nich. Nagle zagrzmiały setki wojennych rogów, wydając z siebie przerażający dźwięk.
Catherine:
Siostrzyczko... Jęknęła Betty, a wtem coś przerwało walkę... Bardzo głośny, potężny dźwięk setek rogów wojennych dobiegający od stron stepów Jatu. Wszyscy opuścili swój oręż, ze zdziwieniem wyglądając za okna, z których widać zmierzającą nawałnicę...
-
Kersijana
Gdy tylko rogi zabrzmiały podbiegła do księżnej... Pani,, ukłoniła się pokornie.... Nie możesz tu zostać...jesteś jeszcze słaba,,,,
-
Catherine
Tak,to ja,jestem przy Tobie.... - wydukała i zaraz rozpłakała się rzewnie,nie przestając nawet gdy usłyszała dźwięk rogów,dwie bardzo ciężko ranne ukochane osoby to było zbyt wiele jak na jej i tak już obciążoną rożnymi problemami psychikę a do tego doszło zmęczenie i własne rany,zdecydowanie nie znajdowała się w tej chwili w najlepszym stanie....
-
Catherine:
Betty rozpłakała się razem z Tobą, przytulając mocno. Widząc to Margaret z Ritą do was podbiegły i obie mocno was utuliły nic nie mówiąc...
Kersijana:
Zanieście ją do zamku, niech będzie pod stałą opieką medyka, panienko Neldo, nie odstępuj matki i nie wychodź na zewnątrz - rzekł Bowen. Jeden z rycerzy wziął Annę na ręce, a ta spojrzała jeszcze na Ciebie przyjaźnie... Bowen po tym zwrócił się do Ciebie - a ty pani, co zamierzasz teraz?
-
Catherine
Wczepiła się w nie wciąż gorzko płacząc,jedynym ukojeniem poza tym że były przy niej stanowiło dla niej to ze chociaż Adele jest cała i zdrowa....
-
Kersijana
Kersi odwzajemniła spojrzenie.... Bądź dobrej myśli Anno i ułóż sobie życie od nowa.... Gdy rycerz niósł ją do zamku patrząc za nią odpowiedziała Bowenowi...Moje miejsce jest przy Mojej Pani... naraziłam ją przez swoją nierozwagę i jeśli mam zginąć to zginę broniąc jej.....
-
Catherine:
Po kilku chwilach tulenia się, Ealdred krzyknął - zbierać się wszyscy! Musimy wracać na zamek! Weźcie na ręce panny Beatrice i Catherine, ja poniosę Noldorkę.
Kersijana:
Bezsensowna śmierć nie zadośćuczyni twej pani głupoty. Przydałaby się nam twoja pomoc pani, chociażby w opatrywaniu rannych, a tych będzie wielu.
-
Kersijana
Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, ale przytaknęła mu. Zatem zgoda Panie... Może w ten sposób odpokutuję swoje winy....
-
Catherine
Nie! - nagle rzekła stanowczo i zaczęła ocierać łzy wciąż płynące z jej oczu jednak stopniowo się uspokajała,wiedziała że nie ma już miejsca na takie chwile słabości a i tak pozwoliła sobie na o jedną za dużo.... - Pójdę sama,dam radę....
-
Kersijana:
Bowen skinął Ci głowę i odszedł do swych rycerzy. Tymczasem dostrzegłaś, jak spomiędzy nich wychodzi Mirillia Lassi, poraniony i zmęczony... Podszedł do Ciebie i parsknął.
Catherine:
Jak chcesz, pani - odparł Ealdred i wziął królową na ręce. Beatrice zaś zabrał inny z rycerzy i wszyscy zeszliście na dół... Gdy już byliście przy swych wierzchowcach, Rita zaproponowała - Marion jest szybka, może spróbuję jeszcze się przebić do Sarleonu by ściągnąć posiłki? Wątpie, byśmy dali radę się utrzymać.
-
Catherine
Złapała Ritę za ręce,odciągnęła ją na bok i szepnęła - To bardzo zły pomysł,z dwóch powodów,po pierwsze to zbyt niebezpieczne i ryzykowne a po drugie co zrobią siły Sarleonu gdy sie dowiedzą kim jest Beatrice? Jedyne posiłki jakie można wezwać to armia która została w naszym obozie a Ty nie znasz drogi....
-
Kersijana
Mój Kochany... Uradowała się widząc konia żywego. Objęła go za szyję... co oni Ci zrobili? głos jej się załamywał... Dotknęła jego ran bardzo delikatnie.... Wyzdrowiejesz, już ja o to zadbam...
-
Catherine:
Rita westchnęła zrezygnowana i szepnęła - Cathy ale ja nie chcę tu umrzeć... W oczach dziewczyny zakręciły się łezki.
Kersijana:
Rumak zarżał, raz jeszcze ale już żałośnie... Dostrzegłaś ranę na jego kłębie, dość głęboką.
-
Catherine
Nie umrzesz,całe życie przed Tobą,razem przez to przejdziemy....I nawet nie wiesz ile dla mnie znaczy to co dzisiaj zrobiliście,zwłaszcza Ty gdy ocaliłaś Lothiriel,nigdy Ci tego nie zapomnę....Dziękuję za wszystko Rito.... - rzekła przytulając ją do siebie i głaszcząc czule po włosach
-
Catherine:
Rita uśmiechnęła się przez łzy i również zaczęła Cię głaskać po włosach. Nie przeceniaj mnie... Cathy błagam cię zrób coś... Ja tak bardzo się boję...
-
Catherine
A ja to nie?Czemu muszę im wszystkim robić za niezłomną opatrzność? - pomyślała ze smutkiem,ona sama chciała by móc się bać,przytulić,pomartwić,zamiast stanowić przykład.... - Nie przeceniam,to Ty się nie doceniasz skarbie.... - rzekła całując ją w policzek - I dobrze,spróbuję coś wymyśleć.... - Ciekawe co....
-
Catherine:
Rita spojrzała Ci na chwilę w oczy i znów się mocno przytuliła. Po chwili nadjechał Tristan w zbroi, na swym potężnym rumaku, choć niezbyt dobrze trzyma się w siodle z powodu zadanej rany i aż zaciska zęby z bólu. Z tyłu siedzi Adela, obejmując go w pasie. Zeskoczyła natychmiast i podbiegła do Ciebie krzycząc - Cathy!
-
Catherine
Och Adele,jak dobrze Cię widzieć....Ale zaraz....Co Wy tu robicie?Czemu Tristan jest na koniu? - zapytała nieco zdezorientowana jednak mimo to przytuliła ją do siebie drugą ręką wciąż obejmując Ritę,rzuciła też pytające spojrzenie Tristanowi
-
Catherine:
Nie mogłem jej odmówić, jak tak słodko prosiła - rzucił wymijająco Tristan, ale widać że kłamie. Adela przytuliła się mocno nic nie mówiąc, chyba nie dostrzegła jeszcze strasznego stanu swej mamy oraz siostry...
-
Catherine
Wbiła w niego swoje spojrzenie,już nie pytające lecz przenikliwe i przeszywające,przytuliła też do siebie mocniej Adele,na tyle mocno by ta nie mogła się odwrócić a zarazem nie na tyle by nabrała podejrzeń,jej uścisk sprawia wrażenie jak by była bardzo stęskniona co również było prawdą....Od razu też rzekła do Ealdreda i rycerza który trzyma Betty - Jedźcie panowie,my zaraz do Was dołączymy....
-
Catherine:
Ealdred skinął Ci głową i wszyscy rycerze odjechali galopem. Tristan unika Twego wzroku, wyraźnie się denerwuje... Dłonią otarł pot z czoła.
-
Catherine
Aż uniosła brew ze zdziwienia widząc jego zdenerwowanie,nie miała było jednak czasu by brać go na spytki i uznała że zostawi to na później,dlatego ucałowała obie wtulone w nią dziewczyny w głowę i pomasowała je po plecach mówiąc - No,to i na nas czas.... - po czym spojrzała na Margaret i widząc że ta ma same niegroźne draśnięcia i sprawia wrażenie jedynie zmęczonej uśmiechnęła się radośnie - Chociaż jej się udało,nie zniosła bym tego gdybym nad trójką z nich musiała siedzieć i martwić się o każdą z osobna....
-
Catherine:
Tristan zsiadł z konia i rzekł - pani, możemy na chwilę pomówić na osobności?
-
Catherine
Możemy,siostro poczekaj na Rosie.... - rzekła puszczając Adele i Ritę i oddaliła się wraz z nim nieco od reszty,gdy byli już poza zasięgiem ich słuchu zapytała - Tak?
-
Catherine:
Rycerz westchnął, zebrał myśli i rzekł - pani, wiesz dobrze, że choć mego uczucia nigdy nie odwzajemniałaś, me serce należy tylko do ciebie. Proszę cię więc... Przechowaj mi to na czas bitwy, a jeśli polegnę, złóż na mym grobie. Tristan wyjął złoty łańcuszek i Ci go wręczył. To pamiątka po mej matce, dała mi go na łożu śmierci...
-
Catherine
Aż zaniemówiła a chęć wypytywania go o to co on tu właściwie robi zeszła na drugi plan,pokiwała jedynie głową nie wiedząc co powiedzieć i odwróciła się do niego plecami zabierając włosy na jedną stronę i odsłaniając tym samym kark i szyję by mógł jej założyć ten łańcuszek. Była zarazem zaszczycona co i zasmucona tym że tak bezpośrednio stwierdził że nic do niego nie czuje,zwłaszcza że nie było to do końca prawdą....
-
Catherine:
Zaskoczony nieco Tristan założył Ci delikatnie łańcuszek na szyję i objął w pasie mówiąc - nie lękaj się tego co nadchodzi, nie lękaj się o życie swych sióstr, swych przyjaciółek. Będę strzegł ich z poświęceniem, przysięgam ci to na mój ród. Zaszczytem było mi cię poznać, szlachetna pani. Rycerz zabrał swą rękę i odwrócił się, zakrywając dłonią oczy i spuszczając głowę.
-
Catherine
Po raz pierwszy czuła na sobie dłonie mężczyzny dotykające ją w tak delikatny sposób,było to zupełnie inne doświadczenie niż kobiece jednak także całkiem miłe....Z trudem nie westchnęła,poprawiła łańcuszek na swej szyi i odwróciła się do niego mówiąc łagodnie - Wiem,że byś tak zrobił....A co do strachu,czyż wszyscy go nie czujemy?Nawet Ty teraz,gdy boisz się o mnie....
-
Catherine:
Istotnie wszyscy go czujemy. Powiadają, ze strach trzeba przełamać odwagą. Ja zaś powiadam, że strach łatwiej pokonać dzięki dodającym otuchy słowom, po nich bowiem odwaga sama człowiekowi do serca napływa - odparł Tristan spoglądając Ci w oczy. Nie lękaj się więc pani jako rzekłem, miej nadzieję, bo widzę strach w twych oczach, strach nie o siebie a o bliskich twemu sercu. Kiedy uniesiesz miecz, myśl o tym, że robisz to w ich obronie. Wtedy nieznana siła pokieruje brzeszczotem tak, że odniesiesz zwycięstwo i nic ci nie sprosta, choćby i wszystkie moce Maltise.
-
Catherine
Tak zrobię,dziękuję.... - odparła delikatnie się uśmiechając - I wiedz,że doceniam zaufanie jakim mnie obdarzyłeś....
-
Catherine:
Rycerz chwycił Twoją dłoń, uklęknął ja jednym kolanie i ucałował ją czule, patrząc po tym w Twe oczy.
-
Catherine
Zrobiła się delikatnie czerwona,choć jej wstyd bardziej wynikał z tego że sama nie wiedziała co ma robić ani jak się zachować niż z tego co właśnie zrobił Tristan....
-
Catherine:
Rycerz wstał, nie puszczając Twej dłoni i wciąż wpatrując się w Twe oczy. Gdybym mógł teraz zabrać swą rękę, skierować wzrok gdzie indziej, uczyniłbym to by cię nie onieśmielać, pani, ale wierz mi, że nie potrafię. Nie potrafię... Rzekł i położył drugą rękę na Twym policzku.
-
Catherine
Cała sytuacja stawała się dla niej coraz bardziej krępująca a jej rumieniec zrobił się jeszcze większy,przez krótką chwilę nawet chciała się do niego przytulić jednak zwalczyła tą pokusę i zamiast tego postanowiła wykorzystać swój sprawdzony,niezawodny manewr....Przyłożyła dłoń do swojej rany i jęknęła cicho mówiąc - Auć!Musimy wracać do Betty i Lothiriel,powinnam być teraz przy nich....
-
Catherine:
Zatroskany i wystraszony Tristan natychmiast wziął Cię delikatnie na ręce i zaniósł do Adeli, Rity i Margaret. Jego rumak pochylił się na komendę pana, tak że rycerz mógł Cię usadzić w siodle i samemu wsiąść, obejmując Cię w pasie. Adela z Ritą chichoczą na ten widok, a Margaret udaje że tego nie widzi.
-
Catherine
Zrobiła się jeszcze bardziej czerwona i burknęła coś pod nosem ręce krzyżując na piersi i czekając niecierpliwie aż Tristan wyruszy....
-
Catherine:
Pojadę przodem, zorientuję się w sytuacji na murach - rzucila Margaret i wystrzeliła cwałem. Tristan zaś ruszył kłusem, a obok Adela na Rosie i Rita na Marion. Wiesz Cathy, pięknie razem wyglądacie - stwierdziła Twoja siostra z chichotem.
-
Catherine
Znowu wymamrotała jakieś niezrozumiałe słowa,jednak zmartwiło ją zachowanie Margaret.... - Oni mnie wykończą,naprawdę mnie wykończą....Teraz tej odbiło kompletnie a jeszcze żmija musi mi dogadywać....
-
Catherine:
Słodka jesteś jak tak udajesz obrażoną hihi - dodała Adela.