-
Bertrand:
To on, psia mać a Oswald czeka na rozkaz od hrabiego by go wpuścić. Przecież żem mówił, że to zacny rycerz jest to mi nikt wiary nie daje! Odkrzyknął rozgniewany Godwyn.
Adriano:
Słyszysz całą rozmowę Bertranda z Godwynem.
Robert:
Nie, już nie - odparła, przyodziała swe buty, przypięła miecz do pasa i ruszyła ku wyjściu z komnaty chwiejnym krokiem. Wyjdźmy na dziedziniec sprawdzić co się tam dzieje. Ach i wybacz za tą pościel, ale mówiłam żeby nie marnować na błahostki! Teraz całe łoże masz we krwi...
-
Robert
Wolę nie mieć łóżka niż widzieć jak cierpisz i krwawisz....... - powiedział do niej choć wiedział że to bezcelowe i Agnes i tak nie zmieni zdania na temat przywiązywania takiej wagi do przedmiotów
-
Adriano
Nie zwraca zbytniej uwagi na rozmowę Betranda z Godwynem lecz biegnie dalej.
-
Bedtrand
Wiary nie dają bo on coś strasznie cichy. Mówi ten Duncan w ogóle po łacinie?
-
Bertrand:
A cichy, bo po próżnicy nie gada jak większość ludzi, łacinę też zna dobrze. Zaprawiony on w bojach z dzikusami w swej rodzinnej Szkocji, zacny z niego szlachcic, ponoć ze swymi rycerzami wybił cały klan górali, któren począł wojnę z Normanami prowokować ha! Odrzekł Duńczyk, wyraźnie będący pod wrażeniem wyczynu wojennego Duncana.
Na dziedziniec wyszedł Robert z poranioną Agnes, która ma przypięty miecz do pasa.
Robert:
Agnes nic Ci już nie odpowiedziała. Doszliście na dziedziniec warowni, są na nim Bertrand rozmawiający z Godwynem, Adriano, Oswald oraz templariusze. Panuje ogólne zamieszanie, żołnierze biegają po murach i dziedzińcu, za bramą dostrzegasz jakąś ponurą postać na ogromnym koniu, wyczekującą na coś.
Adriano:
W pełni uzbrojony jesteś na dziedzińcu, na którym nie zaszły żadne zmiany, może poza tym iż przybyli na niego Agnes i Robert.
-
Robert
Szybko ten poczet zebrał......- powiedział pod nosem a po chwili zapytał templariusza - Czekasz na decyzję hrabiego mości Oswaldzie?
-
Bertrand
Ach w Szkocji, czyli zapewne takoż jak i my, Francuzi, muszą oni jarzmo potomków Saksonów znosić... Poszedł kto po hrabiego, coby zezwolił ich wpuścić w końcu?
-
Tak, posłałem już jednego z sierżantów po hrabiego, powinien go sprowadzić lada chwila, wtem zadecyduje czy go wpuścić mamy - odparł Oswald. Tymczasem Agnes coś robi przy siodle, chyba opuszcza sobie bardzo nisko strzemię by mogła wsiąść z takimi ranami...
Ponury jeździec stojący za bramą bacznie się przygląda wszystkiemu, co jest w stanie dostrzec na dziedzińcu przez kraty. Jego koń jest niespokojny, co chwila potrząsa głową i stuka przednimi kopytami w ziemię.
-
Robert
Boemund widząc swego Pana i Agnes zarżał przyjaźnie, zaś Robert gdy tylko ujrzał co robi Agnes podszedł do niej i zrezygnowanym głosem powiedział - Znowu chcesz gdzieś gnać na złamanie karku? Po co tym razem? Życie Ci nie miłe? - a jego wierzchowiec mimowolnie podszedł i stanął obok niego.
-
Robert:
Agnes włożyła nogę w opuszczone strzemię i spróbowała się wybić z ziemi, ale w trakcie zakuła ją rana, przez co jęknęła a próba zakończyła się fiaskiem. Życie mi miłe, ale są ważniejsze rzeczy od tego daru od Boga. Po to nam je daje, byśmy mogli żyć czyniąc tak by Mu być miłym, a jak potrzeba oddać je z powrotem, gdy dobra sprawa nam przyświeca - odparła, szykując się do kolejnej próby wskoczenia w siodło.