-
Arto
Skupiony na mieczu, bardzo ostrożny by w razie czego odskoczyć i uciec.. Wartownik ubrany w cięższą zbroję będzie musiał jakoś się zamachnąć miecem jeśli będzie chciał zaatakować
Arto staje jak wryty lekko się przechylając do tył Gdy żołnierz na niego warknął...
Przymyka jedno oko...
(Ekk czkawaka) Karczmy bronisz uczciwemu (ekk) handlazowi zwiedzić? Powoli nadal chwiejąc się idzie w kierunku żołnierza..
Techniczny
Ile jeszcze w metrach do wartownika?
-
Arto:
Ano to i jak do karczmy to proszę bardzo, proszę wejść - strażnik odsunął się od drzwi byś mógł do nich spokojnie podejść i położył sobie miecz na prawym barku. Jednocześnie widzisz, że bacznie Cię obserwuje.
Techniczny:
Z jakieś 5-6 metrów.
-
Arto
Podszedł nadal chwiejąc się i udając pijanego do drzwi...
A to nie karczma... Psia jucha... Odwrócił się w kierunku wartownika... Powiedz mi przyjacielu gdzie ja jestem? Ekkk
-
Arto:
Jesteś w... klasztorze magów ognia. Trochę ubogi, ale zawsze coś. Słuchaj, magowie nie będą zadowoleni jeżeli Cię tu zobaczą. Pomóc ci dotrzeć do? domu - spytał z lekkim uśmiechem.
-
Arto
A nie..... dam sobie radę Dobry człowieku... A gdzie ta karczma? Bom chyba do portu trafił...A już widzę... Bywaj...
Za rum serce oddam i duszę zaprzedam....
Jeno jedną flaszkę... gdzie ją kuźwa mam?
Co mi pozostało? ino mordę schlać,
Pieskie ino życie,,,Kuźwa jego mać....
Oddala się nadal chwiejnym krokiem, do czasu gdy zniknie z oka wartownika. Nic by mi ten sabotaż nie dał ,a jeno kłopotów.. Darł mordę że pewnie już jacyś wścibscy się przypatrywali... A szkoda....
Wraca do Gildii.
-
Arto:
Gdy wszedłeś do gospody Hanny ta od razu wyskoczyła z pytaniem - I co? Co się tam dzieje?
-
Arto
Posadził tyłek przy ladzie... Wojskowi piratów zwietrzyli chyba. Cofnęli warty, więc pewnie już piraci obgryzani przez ryby są. Nie dowiedziałem się zbyt dużo, ale przynajmniej wiemy, że jakiś czas będzie tu w czorta ich.
-
Arto:
Ah... Przez tę burze może i już są, a nawet jeśli nie to nie odważą się zaatakować miasta. Zbyt wiele straży, zbyt wiele armat, a teraz na dokładkę żołnierze. W każdym razie dzięki za informacje. Zaraz pójdę uspokoić nieco gości. Ty jak mniemam wracasz do swoich?
-
Arto
mhm... dobrze mniemasz... Arto wstał i poszedł do kanałów.
-
Arto:
Wchodząc do głównego pomieszczenia waszej bazy Twa szefowa od razu rzuciła do Ciebie - Byłeś w tym porcie?
-
Arto
Byłem. Nie wpuszczają nikogo, i nie żartują. Piraci, statek kupców tu zapędzili. Nie wiem czy to przez burzę czy może celowo. Nie wydaje mi się by piraci byli na tyle głupi by zaatakować. Zastanawia mnie cały czas co robili tak blisko portu. Warty już nie są wzmocnione więc pewnie i piraci , albo zniknęli albo zatopieni. Jeśli udało się ich statek zatopić to istnieje szansa że rozbitkowie na palaży są. Trza by było iśc sprawdzić plaże i zobaczyć czy jakiegoś się nie znajdzie.
-
Arto:
Tylko po co? Zanim my się tam dostaniemy to wojsko może już tam wpaść. Poza tym nie ma sensu co się bawić w ratowników. Nawet tych ludzi nie znamy.
-
Arto
A choćby i dal łupu z rozbitego statku.... Ale jak chcesz...
-
Arto:
No dobra, ale chce ci się załatwiać łódź, pływać i szukać tego statku, a potem próbować nurkować? Jeziorko to to nie jest.
-
Arto...
Ja? pływać przecie nie umiem... swoją droga trza by ten miecz jakoś ogarnąć. Nie wiem jak wojaków podejść by przysługę jakąś byli winni. Nie chcą nawet gadać z cywilami. Ino patrole i groźby... Ale jakby pirata im dać jakiegoś? hmmmm.... Ale masz rację. Nie znajdziemy żadnego, za duże ryzyko.
-
Arto:
Cassia pokręciła ci głową z dezaprobatą i odparła - A jak pirat ma nam pomóc? Słuchaj. Nie kombinuj i trzymaj się starego planu. Taka straż przyboczna nie opuści ratusza dla jakiegoś tam pirata czy okrętu pirackiego. Prędzej ktoś mu strzeli bełtem w łeb i będą mieli problem z głowy.
-
Techniczny
Z uwagi na zupełny brak rozeznania w tym uniwersum, jak i pomysłu na grę rezygnuję z sesji. Nigdy w grę nie grałam z jakimś zaangażowaniem, zupełny brak wiedzy o co tam tak naprawdę chodzi...
Myślę, że nie ma sensu się męczyć i lepiej zrezygnować na początki sesji niż brnąć w coś co i tak frajdy nie sprawia...
Przepraszam MG za kłopot i dziękuję..
-
Dzień II
Dan:
Obudziłeś się w swym łożu, ze swą bronią przy sobie. Czujesz się wypoczęty i wyspany po porządnym śnie w wygodnym łóżku. Widzisz, jak reszta domowników wstaje ze swych łoży, bądź zabierają swe narzędzia ze skrzyń i kufrów i przygotowują się do pracy. Kate jak widzisz szykuje dla wszystkich jakieś śniadanie, a Akil zapewne przesiaduje w swoim pokoju.
Edward:
Nie łatwo było ci zasnąć, gdy nad Twoją głową strzelały pioruny, a na wodach szalał sztorm, lecz w końcu Ci się udało. Do wnętrza namiotu wpada słabe światło, a przez dziurę widzisz, że niebo powoli staje się coraz bardziej błękitne. Chyba czas wstawać i myśleć co dalej, skoro już nastał nowy dzień... Nie ma wszak waszego rumu, nie ma statku, nie ma załogi... Choć przypominasz sobie, że masz przy sobie butelkę grogu oraz białego rumu na czarną godzinę.
Vito:
Ktoś najwyraźniej nie chciał Ci pozwolić dłużej spać, ponieważ poczułeś, że ktoś dosyć mocno szturcha Twoje ramię. Otworzyłeś swe oczy i ujrzałeś swoją siostrę uśmiechającą się do Ciebie. Spojrzała się za siebie sprawdzając dla pewności, czy rodzice dalej śpią i złożyła pocałunek na Twoich ustach - Czas wstawać, braciszku. Chyba nie chcesz, by pan Wulfgar był zły, co nie? - zaśmiała się lekko.
Masz ochotę przytulić ją do siebie z całej siły, wycałować i już nie puszczać. Brakowało ci tych czułości, ponieważ od paru dni nie możecie zostać sami. Służba, oraz godziny pracy rodziców nie umożliwiają wam tego.
Falmir:
Poprzedniego dnia wróciliście do miasta bez żadnych problemów. Medyk dokładnie opatrzył Twe rany, oczyścił ją i nałożył nowe bandaże, dając ci dodatkową jedną małą miksturę leczniczą. Rano już Cię tak nie bolało, choć rana zapewne jeszcze się do końca nie zagoiła... Widzisz, że Twoi koledzy w koszarach miejskich również się obudzili. Czujesz, jak unosi się po koszarach zapach smażonego mięsa. Chyba niedługo dostaniecie jakieś porządne śniadanie.
Rhen:
Obudziłeś się dosyć wcześnie. Twoi rodzice jeszcze śpią, więc zapewne przed wyruszeniem na patrol sam będziesz musiał sobie zrobić jakieś śniadanie, albo iść na głodniaka...
-
Dan
Wstał,przeciągając się i ziewając w niebogłosy - Jednak nie ma to jak we własnym łóżku.....Dzień dobry wszystkim! - niechętnie zerwał się z łózka i udał do stołu przyciągany zapachem smakowitego śniadania
-
Vito
Już wstaję, już wstaję... rzekł siadając na łożu i przecierając oczy. Podniósł się zaraz z pryczy i przytulił się do siostry szepcząc jej na ucho. Tak bardzo chciałbym z Tobą dzisiaj zostać...
-
Rhen
Chyba sam muszę sobie coś do jedzenia znaleźć. -szuka w kuchni czegoś zdatnego do zjedzenia na szybko.
-
Falmir:
Wstaje, po czym ubiera się i idzie w stronę strażników, by się przywitać.
-
Edward
Rum! Ryknął, zrywając się w jednej chwili na nogi. Zaraz też wyjął swoją butelkę i wychylił porządnego łyka. Aaaaach... No, teraz można normalnie egzystować na tym ciężkim do egzystowania padole, jako porządny pirat. Ale CHWILA! Porządny pirat musi mieć okręt! Musi mieć załogę! Jak można egzystować jako porządny pirat bez okrętu i załogi! O wiem... Wychylił kolejnego łyka. Właśnie tak.
Po chwili poszedł do trupa w chacie. No, kolego, trzeba cię rozebrać. Bo ci ubranie niepotrzebne, a mi owszem. Do miasta iśc muszę, wiesz? Ale pewno masz to w dupie, nie żyjesz, aahahaha! Zaczął ściągać ubranie z trupa, po tym zaś pójdzie nad morze je wyprać starannie.
-
Dan:
Dzień dobry - odpowiedzieli ci wszyscy. Kate jak widzisz chyba szykuje dla was dużą jajecznicę. Gdy zasiadłeś do stołu Randolph wtrącił - Uciekasz zaraz do miasta? Czy zostajesz jeszcze z nami?
Vito:
Ja też bym chciała... - wyszeptała Ci na ucho i wtuliła się w Ciebie. Trwało to tak dłuższą chwile, aż usłyszeliście, że wasi rodzice powoli się budzą. Anabelle gwałtownie wyrwała się z Twojego objęcia - I się obudzili... Dobra, szykuj się do pracy. Ja wam przygotuje jakieś śniadanie - wyszeptała znowu i udała się do kuchni w tym celu.
Rhen:
Nie widzisz tu nic konkretnego. Parę jabłek, chleb i parę wędzonych kiełbas.
Edward:
Rano mogłeś dokładnie zobaczyć kim była ta osoba. Nosi na sobie strój zwykłego obywatela. Zapewne pochodził z Khorinis. Ciało jego miało wiele ran ciętych jak i kłutych, przez co i ubranie było uwalone we krwi. Zaczęło również śmierdzieć zapachem gnijącego już powoli ciała. Na szczęście zapach zszedł po umyciu, lecz z krwią nie było tak łatwo i wszystkiego jeszcze nie zmyłeś. Pewno jeszcze musisz trochę nad tym czasu poświęcić... Dodatkowo zrobiłeś sporą dziurę w stroju od uderzenia toporem.
Falmir:
Po przywitaniu się ze wszystkimi tutejszy kucharz wraz ze swymi pomocnikami przyniósł wam wszystkim kilka półmisków mięsa i parę bochenków chleba wraz z talerzami - Jak wam zabraknie to wołać! - krzyknął do was kucharz i wyszedł gdzieś. Mięso wygląda na smakowite i dobrze wysmażone, a i brzuch zaczął dopominać się o zjedzenie czegoś. Wszyscy zaczęli nakładać sobie jedzenie i zasiadać przy stołach i ławach. Koszary ponownie wypełniły się rozmowami i śmiechami twoich kompanów. Paru z nich poznajesz z Twojego wczorajszego patrolu, choć samego Nicolaia już nie. Zapewne został przydzielony do innej kwatery w mieście.
-
Dan
Zostanę do południa najmniej,potem udam się do Vatrasa poinformować o dostarczeniu listu - odparł rozmówcy jednak jego wzrok utkwiony był w jajecznicy na widok której mimowolnie się oblizał....
-
Vito
Ubrał się w swój pancerz straży i udał się do kuchni na śniadanie.
-
Rhen
hmm - Musi mi to wystarczyć. Nie chcę zbytnio hałasować. Zjada nieco chleba, jedną kiełbasę, popija wodą, zabiera ze sobą dwa jabłka i rusza na patrol w stronę południowej bramy.
-
Edward
Złaź, złaś dziwko w rzyć chędożona złaź! Zaczął krzyczeć zły i zniecierpliwiony na plamy krwi znajdujące się na ubraniu. W końcu wyjął kordelas i pochlastał koszulę, której nie mógł doprać a miała dziurę. Masz, i co? Buahahaha! Schował znów kordelas, złapał łyka rumu i postanowił doprać spodnie.
-
Edward:
Z dziury i jeszcze w miarę zdatnego do noszenia ubrania wyszła zwykła szmata. Spodnie udało ci się doprać bez większych problemów i nie było już widać na nich śladu krwi.
Dan:
Aha, no dobra. Przydasz mi się przy okazji do czegoś. Po śniadaniu o tym pogadamy - powiedział do Ciebie Randolph. Kate powoli zaczęła nakładać wam na talerze śniadanie. Gdy skończyła podała wam talerze do stołów oraz sztućce. Jajecznicy było całkiem sporo z kawałkami jakiegoś mięsa. Pachnie znakomicie, a smakuje pewnie jeszcze lepiej. Kate uśmiechnęła się do Ciebie widząc Ciebie przy stole.
Vito:
Twoi rodzicie obudzili się i zaczęli się ubierać. Twoja siostra w tym czasie przygotowała wam pokrojoną już baranią kiełbasę jak i chleb i postawiła wam na stole - Zjedz szybko i ruszaj do pracy - powiedziała z lekkim uśmiechem.
Rhen:
Wystarczyło Ci to. Rozpoczynasz swoją służbę od patrolowania placu świątynnego, a potem rynku, a na końcu najgorsza z możliwych robót - stanie na straży przy wschodniej bramie miasta... I to nie godzinę, lecz aż cztery.
-
Dan
Uścisnął matkę za rękę odwzajemniając uśmiech,zawód najemnika znacznie ułatwiała mu wiedza że bez względu na wszystko zawsze miał miejsce gdzie czekał na niego ciepły posiłek i wygodne łóżko....,powoli zaczął zabierać się do jedzenia Randolphowi odpowiadając jedynie krótko - Jasna sprawa,chętnie pomogę
-
Edward
No, oto wielkie dzieło wielkiego człowieka - stwierdził, patrząc na tak dokładnie wyprane spodnie i nie mogąc wyjść z podziwu samego siebie. No, to trzeba iść do miasta, znaleźć burdel, pochędożyć, nachlać się i co tam... I nie wiem hehehe. Pirat zaczął zmieniać spodnie, do znalezionego kufra, gdzie jest już zwój, schowa swoje poprzednie ubranie i kordelas, zabierając go ze sobą. Potem zaś skieruje się do latarni morskiej, by spytać o drogę.
Techniczny
Idzie w lewo :F
-
Vito
Przystąpił do jedzenia, pytając się siostry pomiędzy kęsami A co tak się o moją pracę martwisz?
-
Falmir:
Nicolaia nigdzie nie widzę. Dziwne. No nic, pora zajadać te smakołyki. W ciszy modli się do Innosa i zaczyna spożywać swój posiłek. Po zjedzeniu dołącza do rozmowy z innymi członkami wczorajszego patrolu Wczorajszy patrol z sierżantem Rogerem to była prawdziwa rzeź. Mieliśmy szczęście, że udało nam się ubić te zębacze.
-
Edward:
Udając się na lewo musiałeś wdrapywać się na mokre skaliste wzgórza. Na Twoje szczęście nigdzie noga Ci się nie obsunęła i nie wpadłeś do wody. Z daleka możesz zobaczyć rozciągający się port miasta Khorinis. Wielki, rozciągający się w okół wybrzeża z masą okrętów. Zapewne jakiś bogatych handlarzy. Aż żałujesz, że nie możesz tego wszystkiego splądrować... W końcu po kilkudziesięciu minutach przeprawy stajesz niedaleko miasta portowego. Dzieli Cię od niego zaledwie kilkadziesiąt metrów. Problem w tym, iż dalszą drogę przez skały blokuje jakiś mur. Zauważasz dodatkowo, że dosyć blisko tego muru stoi dźwig portowy.
Vito:
Eh, wiesz, że za byle co mogą Cię wtrącić do koloni. Nawet za nie pójście na patrol czy na spóźnienie się na to...
Dan:
Po śniadaniu Randolph zaprowadził Cię na pastwisko za farmą. Pasie się tu sporo owiec jak i baranów, przez które musicie się przeciskać. Zatrzymaliście się nad urwiskiem skalnym, za którym rozpoczyna się już las. Przypominasz sobie, że Akil i Kate zawsze zabraniali Ci się tutaj zbliżać, bo w lesie grasowało pełno niebezpiecznych zwierząt... I zapewne tak jest do dzisiaj.
Słuchaj, Dan. Coś mi się nie podoba tutaj. Ilekroć stoję wieczorem czy kiedy robi się ciemno i pilnuje tych owiec to mam wrażenie, że jakieś cholerstwo wyłazi z tych starych kopalni niedaleko farmy, a dźwięki dochodzące z tego lasu nie zawsze są przyjemne. Pójdziesz ze mną sprawdzić co się tam dzieje? Lepiej zrobić to teraz zanim to coś do nas wypełźnie.
Falmir:
- No mieliśmy, mieliśmy, ale co poradzić. Służba nie drużba. Tylko czekać aż nas wyślą na orków na rzeź w imię króla...
- Przesadzasz. Nie przebiją się te śmierdziele nawet przez port jak odważą się tu przypłynąć, a potem jak gdyby nic wrócimy na kontynent.
- Taa, łatwo Ci mówić. Nie pamiętasz chyba do czego oni są zdolni.
-
Dan
Przygotował kuszę do strzału i powiedział do niego cicho - Dobra,idź za mną i miej oczy dookoła głowy - po czym ruszył powoli przodem bacznie się rozglądając
-
Falmir:
Mówicie o Orkach? Na kontynencie walczyłem z nimi. Straszne skurwiele i do tego mocne. Niestety... zdziesiątkowali oddział, w którym byłem.
-
Edward
No zawsze coś na drodze, czemu nie można nic zrobić bez problemu! Czemu! No dobra, spokój. Zachwiał się nieco i podniósł palec wskazujący w górę, a następnie wrzucił skrzynię za mur. Po tym cofnął się, nabrał rozpędu i zaczął biec by doskoczyć do dźwigu. Johoho i butelka rumu yeeehaaaaa!!!
-
Rhen
Po drodze skręcił w stronę placu świątynnego i rozpoczął na nim wartę.
-
Vito
I co, tęskniłabyś za mną? spytał cicho, by rodzice nie usłyszeli, uśmiechając się przy tym.
-
Edward:
Nie poszczęściło Ci się i tym razem i zamiast złapać się czy choćby wskoczyć na dźwig wylądowałeś na kamiennym molu. Wiele by nie brakowało, a byś zarył o podłoże twarzą. Wstając z kolan ujrzałeś tętniący życiem port, pełen różnorakich straganów z przeróżnymi dobrami, ludzi z przeróżnych części świata jak i masę statków. Widzisz tu również masę żołnierzy jak i kilka okrętów królewskich. Mniej więcej podobnych do tych, które przewożą magiczną rudę na kontynent. Widzisz również niedaleko Ciebie jakiegoś żołnierza pilnującego jakiegoś budynku, oraz jakiegoś obywatela siedzącego przy swoim domu. Chyba jeszcze Cię nie zauważyli... Jeszcze.
Vito:
No a nie? - odpowiedziała ci cicho delikatnie się uśmiechając.
Falmir:
Taaa, o orkach. Walczyłem raz z jednymi niedaleko Silden. Chcieli przebić się z Nordmaru przez tą wioseczkę by dostać się wgłąb lądu. Na ich nieszczęście nie udało im się to. Ale jedno trza przyznać - są cholernie mocni.
Dan:
Dotarliście po kilkunastu minutach bez większych problemów do starej ścieżki prowadzącej tuż do starych kopalni. Na razie nie słyszycie, ani nie widzicie niczego niepokojącego. Będąc niedaleko celu Randolph w końcu zatrzymuje Cię - Dobra, jesteśmy prawie na miejscu. Musimy tylko pójść po tych schodach na górę i gdzieś po lewej zobaczymy wejście do tej kopalni. Lepiej, żeby to coś wyszło do nas, bo nie mam żadnych pochodni przy sobie. No chyba, że ty masz jakiś plan awaryjny. Najwyżej wrócimy się na farmę, albo coś na miejscu na szybko skombinujemy - powiedział po cichu.