-
Lothiriel zaczęła czytać z księgi w jakimś nieznanym nikomu tutaj języku, przypomina trochę jednak jakby mieszankę imperialnego oraz d'sharskiego, tak ze słyszenia. Po chwili wokół Adeli i Kersijany pojawiły się czarno-fioletowe poświaty, które zaczęły z nich uciekać. W budynku nagle zerwał się potężny wiatr, sprawiający że ledwo trzymacie się na nogach. Usłyszałyście też głośny, mrożący krew w żyłach ryk... Po tym jeszcze większa poświata wyleciała z dziewczyn, a cały rytuał dobiegł końca... Lothiriel straciła przytomność wypuszczając księgę, podtrzymywana przez córki.
-
Catherine
Mimo że miała odważne serce ryk wywołał u niej gęsią skórkę i odruchowe sięgnięcie do miecza....Jednak gdy królowa straciła przytomność przełamała strach i od razu zerwała się by ją podtrzymać,jej złość nie zmalała ani trochę jednak wciąż ją kochała,w końcu była jej mamą....Dlatego szybko sprawdziła jej tętno a gdy uświadczyła się w przekonaniu że jedynie straciła przytomność odetchnęła z ulgą i delikatnie wzięła ją na ręce wciąż nie odzywając się słowem....Radość z odegnania ponurego bóstwa mieszała się u niej ze smutkiem z ponownego osłabnięcia Lothiriel....
-
Kersijana
Spojrzała na Lothiriel... Potem na Posąg Bogini... Dziękuję za nią Pani i przepraszam że byłam suką... Położyła rękę na głowę dziewczynki... Oczywiście by natychmiast podbiegła do Królowej, ale "córeczki" na pewno o nią zadbają...
-
Mroczne bóstwo Azi Dahaka zostało odegnane z umysłów Adeli i Kersijany, a królowa Lothiriel odzyskała przytomność dopiero po dwóch dniach. Catherine z Beatrice szybko się pogodziły, rudowłosa nie potrafiła bowiem gniewać się długo na tą kochaną, niezdarną ale i przeuroczą wariatkę. Adela nie przestała darzyć szczerą miłością Kersijany, mimo że jej siostry odwróciły się od Noldorki...
Minęły trzy tygodnie od tego wydarzenia. Miasto jest pod ciągłym oblężeniem, brakuje zapasów żywności, wszyscy są zmęczeni i głodni, racje wystarczają bowiem tylko na głodową wegetacje. Lothiriel w tym czasie wysłała przez wytresowanego sokoła, należącego do zakonu Stanowczego Wezwania, dwa listy - jeden do swego męża, króla Noldorów, a drugi do syna Archibalda. W obydwu prosiła o przyjście z odsieczą, ujawniając także władcy to, że jednak żyje... Dziś nadszedł dzień, kiedy zamierza włożyć swoją królewską koronę. Dziś miała bowiem nadejść planowana odsiecz Noldorów i Rycerzy Gryfa. Mieszkańcy Larii już jednogłośnie zaoferowali swe poparcie dla Beatrice, a także zobowiązali się przyjąć zawieszenie broni z Noldorami, którzy, jak wyczytała Lothiriel z odpowiedzi męża na swój list - obiecali przełamać oblężenie Larii by ocalić królową, nie chcąc wikłać się jednak w wojnę z Sarleonem, jak zwykle nie interesując się sprawami zwykłych śmiertelników.
Jest wietrzny, pochmurny poranek...
Catherine:
Spałaś z Adelą, Beatrice oraz Ritą w komnacie córki Ealdreda. Zbudziła Cię Twoja mama, przyniósłszy skromne śniadanie do komnaty. Witaj córeczko, tyle jedzenia udało mi się dla was zdobyć... Szepnęła, łapiąc Cię za dłoń. Dziewczyny jeszcze śpią.
Kersijana:
Ty zaś zbudziłaś się u boku Elrohira. Rycerz Brzasku był zły od dawna za to, że noldorski król zgodził się zawrzeć zawieszenie broni z ludźmi.
-
Catherine
Mimo że z Betty dawno się pogodziła bo i ta niczym wielkim jej nie zawiniła poza tym że była sobą to już z mamą pomimo że jej gniew zmalał wciąż jej relacje wciąż nie były takie jak dawniej,nie potrafiła jej zaufać i zapomnieć że ją okłamywała.... - A Ty?Co z Twoją porcją? - rzekła dość chłodno choć w jej głosie można było wyczuć troskę
-
Catherine:
Powiedziałabym, że już jadłam, by cię nie martwić. Ale ty i tak będziesz wiedziała że to kłamstwo... I nie będzie cię interesować, że z troski i dobroci. Powiem więc prawdę, jestem waszą matką i sama nie zjem, byście wy głód zaspokoiły. I bez dyskusji - odparła podchodząc do okna, puszczając uprzednio Twą dłoń.
-
Catherine
A Ty powinnaś wiedzieć że wolę najgorszą prawdę od kłamstwa i nie potrzebuję takiej ochrony ani wyrazu dobroci z Twojej strony....Jeśli Ty nie zjesz to i ja tego nie zrobię,to też nie podlega dyskusji.... - odparła stanowczo
-
Catherine:
Nawet jak nie potrzebujesz, to ci to daję... Nie masz jeszcze matczynego instynktu Cathy i dlatego mnie nie rozumiesz - odrzekła, biorąc kromkę chleba i jedząc ją powoli.
-
Catherine
Ja chcę od mojej mamy prawdy,jeżeli dalej chcesz mnie okłamywać dla mojego dobra to kwestia mojego zaufania do Ciebie nie ulega żadnym zmianom....I zjedz więcej,Ty też potrzebujesz jedzenia by zachować siły mamo....A ja zjem dokładnie tyle ile Ty.... - stwierdziła również biorąc do ręki kromkę chleba i żując go powoli
-
Catherine:
A ja oczekuję od mojej córki zrozumienia, wiedziałam że Betty spanikuje, ty też pewnie byś podobnie zareagowała! Nigdy nie chciałam żadnej z was okłamywać! I wiesz dokładnie, że to samo zrobiłabyś wtedy na moim miejscu! Krzyknęła załamana Lothiriel i wybiegła z płaczem z komnaty, zamykając za sobą z trzaskiem drzwi, budząc przy tym Betty.
-
Catherine
Westchnęła ciężko i wstała powoli tak by nie zbudzić wtulonych w nią Adele i Rity.... - Muszę porozmawiać z mamą,albo się zrozumiemy albo wykończymy....Powiedziała bym żebyś została i dała nam porozmawiać na osobności ale wiem że i tak mnie zignorujesz.... - rzekła szeptem ze smutkiem,po czym odmierzyła porcję dla siebie i królowej i wyszła boso za nią zamykając za sobą cicho drzwi
-
Catherine:
W czasie, gdy szłaś za Lothiriel usłyszałaś jak znów drzwi cicho się otwierają i zamykają... A także dźwięk delikatnie stawianych, bosych stóp na podłodze, domyślasz się więc kto to idzie za Tobą, od progu do progu... Napotkałaś Lothiriel siedzącą na parapecie, z wzrokiem zawieszonym na czymś za oknem.
-
Catherine
Westchnęła ciężko i podeszła do mamy kładąc obok niej zawiniątko z jedzeniem a następnie położyła jej dłonie na ramionach mówiąc szeptem tak by nawet zakradająca się za nią Betty nie mogła jej usłyszeć - Mamo....Dobrze wiedziałaś że tak zareaguję,a mimo to mnie okłamałaś....Mogłaś powiedzieć tylko mi używając pierścienia,albo chociaż dać mi to jakoś do zrozumienia....Może i bym się załamała ale na pewno bym to przełknęła i pomogła Ci ze wszystkim....A i tak poszłaś sama....Powiedz mi,jak mam Ci ufać kiedy wiem że możesz mnie okłamać w każdej chwili?Czy do Ciebie nie dociera że ja jestem taka jak Ty jeśli chodzi o troskę?
-
Catherine:
Wiem, że jesteśmy pod tym względem takie same... Dlatego spójrz na mnie, prosto w moje oczy i odpowiedz mi na pytanie: mogłabyś mi powiedzieć coś, co by mnie załamało, wystraszyło i doprowadziło do płaczu, jeśli dałoby się tego uniknąć? Bo moje serce krwawi na widok waszych łez - szepnęła.
-
Catherine
A zastanowiłaś się jak byśmy ryczały gdybyś nie wróciła? - odparła nie chcąc się otwarcie przyznać do tego że jej mama miała w tej chwili rację....
-
Catherine:
Wolałam sama się narazić, niż i siebie i ciebie... Poszłabyś wtedy ze mną na pewno, a ta anakonda mogłaby pożreć nas obie... Cathy nie oszukujmy się, nie jesteś tak zwinna jak Noldorki, a tylko dzięki zwinności dałam sobie wtedy radę... Gdybym ci powiedziała, mogłybyśmy obydwie nie wrócić, rozumiesz? Pomyśl co by było, gdyby Betty z Adelą straciły nas obie...
-
Catherine
Nie chcę o tym myśleć mamusiu.... - rzekła przygryzając wargę po czym nie wytrzymała i wybuchła płaczem przytulając się do niej mocno - Przepraszam za to że Cię nie rozumiałam....Ale nie mogłam się pogodzić z tym że mnie oszukujesz,nawet w takich sprawach....I że mogła byś zginąć....A już raz zawiodłam dając Ci odjechać....
-
Catherine:
Nigdy mnie nie zawiodłaś córeczko... Szepnęła przytulając Cię mocno, dodając po tym - nie myśl o tym, dzisiaj wielki dzień... Poznasz mojego męża. A ja jeszcze na te kilka miesięcy włożę królewską koronę...
-
Catherine
To tym bardziej musisz jeść....A Twój mąż jaki jest?Jeśli jak Elrohir to lepiej żeby nie wiedział o naszym istnieniu.... - wyjąkała przez łzy podsuwając mamie jej porcję i samemu niemrawo zabierając się za swoją,kwestie zawodu zgodnie z jej radą pominęła....
-
Catherine:
Nie darzy ludzi nienawiścią, są mu obojętni. Ale jest też szlachetny, odważny i dobry, w końcu nie bez powodu stałam się jego żoną i przez tyle setek lat dochowuję mu wierności... Odrzekła również zabierając się za jedzenie. Usłyszałaś tymczasem jakies stuknięcie i ciche "auć"...
-
Catherine
Na jej słowa o setkach lat zastygła w bezruchu - To takie niesprawiedliwe....A my wszystkie pomrzemy za w porywach pięćdziesiąt lat,urodę zaś stracimy za dwadzieścia parę....Czy ona to sobie przemyślała?Patrzeć na naszą śmierć a wcześniej na to jak będziemy stare,pomarszczone i niedołężne? Brrr.... - pomyślała i aż skrzywiła sie na myśl że to jej matka wciąż zachowa urodę i będzie się nimi opiekować na starość nie zaś na odwrót jak to jest u jej rasy....Nie była zazdrosna i cieszyła się z tego że Lothiriel jest nieśmiertelna jednak na swój sposób ją to zabolało,zasmuciło a także przerażało....
-
Catherine:
Jak będę mogła, to znajdę sposób, zgłębię sztuki pradawnej, noldorskiej magii, jaka dziś jest zapomniana i zapobiegnę temu - szepnęła, kładąc Ci dłoń na policzku i patrząc w oczy...
-
Catherine
Z całym szacunkiem mamo....Obie wiemy że to niemożliwe....Nawet jeśli jakimś cudem by Ci się udało to przypłaciła byś za to zbyt wielką cenę a na to żadna z nas się nie zgodzi....Wybacz,straciłam apetyt.... - rzekła i wstała udając się z powrotem do ich sypialni....
-
Catherine:
Lothiriel złapała Cię za rękę i mocno do siebie utuliła głaszcząc po włosach. Dziwisz mi się? Każda matka woli by to dzieci przeżyły ją, a nie odwrotnie... Szepnęła. Usłyszałaś tymczasem jakiś grzmot i głos Betty - "ałaaaaaa".
-
Catherine
W D'Sharze mają powiedzenie....Obyś przeżył swoje dzieci,brzmi jak błogosławieństwo jednak jest to tak naprawdę najgorsze przekleństwo jakie może spotkać człowieka....I Ciebie....Prędzej pchnę się nożem w serce niż pozwolę Ci oddać życie za moją nieśmiertelność,doskonale o tym wiesz....Przykro mi mamo....Obie musimy się z tym jakoś pogodzić....Lepiej zajmij się Betty,chyba coś sobie zrobiła....
-
Catherine:
Lothiriel ucałowała Cię czule w czoło i pobiegła szybko do Betty, ciągnąc Cię za rękę. Zastałyście królewną leżącą pod drewnianymi pudłami, które przypadkowo na siebie powywalała... Ałaaa, booliii... Czemu to na mnie zleciało... Wyjęczała.
-
Catherine
Kara za podsłuchiwanie mimo mojej subtelnej prośby....Wybaczcie,chcę pobyć sama.... - stwierdziła na pozór obojętnie,oswobodziła swoją rękę i udała się by poszukać jakiegoś ustronnego miejsca,bowiem prawda którą zupełnym przypadkiem uświadomiła jej mama rozrywała ją od środka i musiała zaczerpnąć świeżego powietrza....
-
Catherine:
Znalazłaś ustronne miejsce na niewielkim balkoniku...
-
Catherine
Chciała zawyć z rozpaczy i z najwyższym trudem się od tego powstrzymała....Mimo to usiadła na ziemi i wybuchła donośnym płaczem kryjąc twarz w swych dłoniach by choć trochę dać ujście wzbierającym w niej emocjom....
-
Catherine:
Gdy tak płakałaś głośno, nagle na balkonik wbiegł Tristan, przykucając przy Tobie i pytając nerwowo - co ci się stało Catherine? Usłyszałem kobiecy płacz i przybiegłem, czemu łzy ronisz droga pani...
-
Catherine
Idź stąd!Zostaw mnie samą!Chce być sama,rozumiesz?! - wydarła się na niego ani trochę się nie uspokajając,emocje jakie teraz przeżywała były tak silne że nie była by miła dla nikogo,nawet dla najbliższej przyjaciółki czy siostry....
-
Catherine:
Ktoś cię skrzywdził Catherine? Zapytał z szczerą troską, kładąc dłoń na Twym ramieniu...
-
Catherine
Nie dotykaj mnie i wynoś się stąd!Potrzebuję samotności!A skrzywdził mnie okrutny świat,w niczym mi nie pomożesz!Nikt mi nie pomoże! - krzyknęła z płaczem, zrzucając jego dłoń ze swojego ramienia i dalej płacząc,by nie widział jej twarzy schowała głowę w kolanach i zarzuciła sobie na nie włosy....
-
Catherine:
Samotność cię tylko dobije Catherine, nie zostawię cię widząc jak cierpisz - odrzekł stanowczo Tristan, ze słyszalną troską w głosie.
-
Catherine
Nie miała już siły by na niego krzyczeć,dlatego po prostu dalej ryczała udając że go tu nie ma,podświadomie wiedziała że czego by nie powiedziała i tak by nad nią stał....
-
Catherine:
Rycerz ukląkł na jednym kolanie, łapiąc Cię za dłoń. Cokolwiek się zdarzy masz tylu bliskich, którzy zawsze cię wesprą. Ja też nie odstąpię na krok, widząc żeś w potrzebie. Nie odrzucaj pomocy Catherine, wiesz przecież że twa troska jest raną na mym sercu i zrobię wszystko, by ci ulżyć w bólu...
-
Catherine
Nie da mu się ulżyć....Nie da się.... - rzekła zabierając dłoń i opasując nimi swoje nogi....
-
Catherine:
Ja swojemu ulżyłem... Dzięki tobie, trzeba bowiem sens swego żywota odnaleźć, jeśli chcesz by rana się zagoiła...
-
Catherine
Zostaw mnie....Pragnę być teraz sama.... - powtórzyła po raz kolejny - Betty i Adele są za młode,one tego nie rozumieją,ale i do nich prędzej czy później dotrze straszna prawda....
-
Catherine:
Łańcuszek, który nosisz na szyi Catherine... Jest symbolem mojego nieszczęścia, które uleciało, gdy cię poznałem. Catherine... Tyle bym dał by zobaczyć uśmiech na twej twarzy, powiedz mi co mam uczynić... Nie mogę cię zostawić, póki jesteś w takim stanie - rzekł siadając obok Ciebie.