-
Robert bez trudu wziął na ręce lekką panienkę de Moulins, Agnes poprawiła się w siodle jakby wreszcie mając chwilę oddechu. Jednak w tej samej chwili, usłyszeliście grzmiący potężnie, przeciągle, z daleka róg wojenny... Wątpliwe, by był to dźwięk europejskiego rogu.
-
Robert
Przeklęci Saraceni,widzi ktoś ilu ich jest?
-
Dostrzegliście galopującego w waszą stronę Oswalda z Godwynem, pędzą jakoby ich stado wilków goniło. Saraceni! Saraceni! Dwóch jeźdźców i kilkunastu pieszych z włóczniami! Wrzasnął Duńczyk, dobywając swego topora, potem zaś oręża dobył templariusz oraz Agnes. Kobieta krzyknęła - my się nimi zajmiemy, Robercie, zabierz stąd Charlotte, jedź do Toron, tam się spotkamy, nie będziemy ryzykować jej życiem, ruszaj!
-
Robert
Boemundzie,połóż się! - powiedział po Włosku na co koń natychmiast się położył wyczekując kolejnej komendy,nie tracąc czasu Robert natychmiast znalazł się w siodle,usadził Charlotte przed sobą po czym jedną ręką wciąż ją mocno trzymając w pasie a drugą łapiąc za wodze krzyknął znów w tym samym języku - Wstań! W galop!
-
Bertrand
Pochylił się w siodle do przodu i szepnął do ucha swego wierzchowca po francusku Ponieś mnie z gracją do boju Guillaume... A jak zginę i w ręce Saracenów wpadniesz to spokojny bądź, i służ im tak jak mi służysz. Założył hełm, dobył włóczni i tarczy i krzyknął do Agnes takoż po francusku Jedź z Robertem pani, nie stawiaj swego życia na szali! Nie sprzeciwiaj się proszę, nie wytrzymasz kolejnego boju! Uciekaj!
-
Robert:
Potężny percheron ruszył do majestatycznego galopu, wioząc na swym grzbiecie swego pana i trzymaną przez niego Charlotte. Co... Co się dzieje? Wyjąkała ledwie, mając większość twarzy przysłonioną rozpuszczonymi i rozwiewanymi przez wiatr włosami. Na razie żaden z saracenów was nie niepokoi.
Reszta:
Nie byłabym Agnes de Montmirail, jeśli bym cię usłuchała Bertrandzie, jeśli śmierć dziś mnie spotka, przyjmę ją godnie, taka bowiem wola Pana - odparła kobieta Francuzowi w ich rodzimym języku. Uśmiechnęła się do niego serdecznie, patrząc wprost w oczy, co znów wprawiło rycerza w zakłopotanie i niemożność oderwania od niej wzroku...
Zwarty szyk! Strachu nie okazać, lękiem nieprzyjaciół napawać, walić tęgo by Bogu miłym być, naprzód! Wykrzyczał Oswald.
-
Robert
Jedziemy do Toron Pani,Saraceni nas naszli i w trosce o Twe bezpieczeństwo z polecenia Agnes tam Cię właśnie wiozę,trzymaj się mocno - wyszeptał jej do ucha
-
Bertrand
Przygryzł wąsa Jeśli na śmierć masz iść, to nią nie bądź. Otrzeźwiał jednak, gdy usłyszał odezwę Oswalda i pognał Guillaume'a do galopu w stronę wroga.
-
Robert:
Charlotte nic nie odpowiedziała, przymknęła tylko oczy i mruknęła coś... Po chwili dostrzegłeś dwóch jeźdźców jadących prędko za Tobą, rącze mają konie i z pewnością niedługo do Ciebie dotrą. Jeden nosi kolczugę z pozłacanym, cebulastym hełmem. a w dłoniach dzierży miecz oraz tarczę, drugi zaś nie ma zbroi, jedyny jego oręż stanowi włócznia.
Reszta:
Ruszyliście do walki, wbijając się z impetem w kilkunastu piechurów. Ich włócznie są zbyt krótkie, by poważnie wam zagrozić, walka nie będzie zapewne zbyt ciężka...
Rozliczenie walki dam niedługo.
-
Robert
Pani,jadą za nami,szybkich bestii dosiadają i nie ma szans byśmy im uszli.....,dasz radę przejąć wodze i koniem mym posterować? Ja zaś Cię osłaniać będę,jedź wprost na nich i w ostatniej chwili skręć konia tak bym tylko z jednym na raz walczył a drugi musiał wymanewrować by zaatakować,uda Ci się to wykonać? - powiedział do niej na próbę wręczając wodze w jej ręce
Techniczny
Jeśli szarlotka weźmie wodze* to wtedy Robert dobywa topór jeśli nie to myślę dalej xD,w czasie walki osłania ją z narażeniem własnego życia