-
Kersijana:
Truskawki? Teraz nawet chleb jest rzadko spotykanym towarem w tym mieście Kersi... Odparł Elrohir, który widocznie bardziej rozumie powagę sytuacji. Złapał Cię za ręce i spytał - nie chciałabyś jeszcze nim wyruszę w bój, przeżyć tej być może ostatniej już dla nas chwili rozkoszy?
-
Kersijana
A mało Ci było przez ostatnie dni? zapytała z uśmiechem. Po chwili jednak spoważniała... Nie mój miły, chcę byś miał za czym tęsknić i po co wracać... Jak wygramy wtedy wszystko Ci wynagrodzę. Teraz musisz się skupić na walce i nie możesz się rozpraszać.. Ja też zapewne będę potrzebna w szpitalu... Od jakiegoś czasu między mną a dziewczynami jest napięta sytuacja. Powietrze tak gęste że można je mieczem ciąć... Tylko Adela mnie jeszcze trzyma ale coraz bardziej się zastanawiam, i myślę że jak to wszystko się skończy to pojadę w swoją stronę.... Elfce nawet przez myśl nie przyszło że jej Ukochany nie pojedzie z nią...
-
Kersijana:
Jak usadzimy niezdarę na tronie, to wtedy wrócimy do naszych lasów. Ona jest mi obojętna, ale wiążę mnie przysięga wobec królowej, której złamać nie mogę... I nie rozumiem cię, po co zadajesz się z krótkouchymi? Spytał Elrohir.
-
Kersijana
A nie wiem... Powiedziała lakonicznie... Nie wszyscy są źli a i przy niektórych więcej ciepłych słów usłyszałam niż przy Nordolczykach... Ale w sumie masz rację... Teraz, z perspektywy czasu widzę, że to był błąd. Jedyna przychylna osoba, no prócz Adeli, ale ona jeszcze dzieckiem jest, a coś mi się wydaje, że i ją przekabacą, to jeszcze księżna... Ubijając jej męża dałam jej jakby drugie życie. Ale reszta ludzi mało mnie obchodzi... Dlatego czas wracać... do Swoich... Niech ino bramy miasta otworzą, to pojadę... Ty skoro przysięga Cię trzyma to musisz ją spełnić... Ja mam inny światopogląd. A co do Beatrice... Jest niezdarą i niedojdą, ale wierzę a przynajmniej mam nadzieję, że jak trzeba będzie to sprosta oczekiwaniom... Może przy tym niechcący kogoś zetnie albo sama siebie, ale to nie zmienia faktu, że to prawowita Królowa... Ja moją lojalność wyczerpałam jednak... Czuję się tu jak w klatce... Nie pasuję do nich... Mierżą mnie ich uprzejmości achy i ochy... Do tego wszystkiego Cathy... Niby wojowniczka a jakoś nie widziałam by kogoś ubiła albo w ogóle coś robiła... Moim zdaniem na siłę wykorzystała naiwność Królowej i wkradła się w jej łaski... Lothiriel przygarnia wszystkie niedojdy życiowe... Ma za miękkie serce i nie widzi całej prawdy, albo nie chce widzieć.. Ja nie czuję się w obowiązku i na siłach by jej tę prawdę wyjawiać.... Kersijana mówiła to wszystko ubierając się cały czas powoli... Odwróciła się do elfa zagarniając włosy... Byłbyś tak dobry i zawiązał warkocz? boli mnie jeszcze te ramię...
-
Kersijana:
Ta ruda może i jest durną człeczyną, ale walczyła dzielnie i jako rycerz nie mam prawa twierdzić inaczej. Chcesz więc Kersi opuścić mnie, ot tak odjechać? Elrohir zaczął powoli wiązać Ci warkocz.
-
Kersijana
Dobrze wiesz, że nie chcę, ale zrozum... Nic tu po mnie... Ty jedyny mi sprzymierzeniec zostałeś a reszta patrzy by wbić mi nóż w plecy... Wypełniając swą przysięgę będziesz baczył na moje bezpieczeństwo... Nie podołasz temu wszystkiemu... Łatwiej Ci będzie gdy mnie nie będzie w pobliżu... Zresztą też gadam od rzeczy... Czeka mnie sąd i w pierwej trza zacząć od tego czy mnie pod topór nie zawloką. Kersi znowu odpłynęła gdzieś w myślach.
-
Kersijana:
A więc wolisz uciec od problemów niż stawić mu czoła. I jaki znowu sąd, jesteś pod ochroną moją i królowej, nie gadaj więc bzdur... Jeśli chcesz odejść to idź, lada chwila wyruszamy na spotkanie z Jatu by ich wybić, będziesz mogła wtedy odjechać na zawsze - rzekł Elrohir kończąc robienie Ci warkocza. Skoro tylko tyle dla ciebie znaczę... Dodał ciszej.
-
Kersijana
Zabolały ją słowa Elfa ale paradoksalnie to one potwierdzały ją w swoim postanowieniu... Nie była widocznie mu w stanie wytłumaczyć czemu tak musi zrobić... I nawet Ty mnie nie rozumiesz mój miły... Kersi położyła dłoń na jego dłoni, ale nic nie powiedziała.... Czuła jak łza spływa po jej policzku.... Tak odejdę, zanim jeszcze bardziej Cię zranię....
-
Kersijana:
Rycerz uścisnął Twoją dłoń, patrząc Ci w oczy. Uszanuję każdą twą decyzję, ale ja bym cię nie opuścił, tak jak ty mnie teraz pragniesz. Rób jak uważasz za słuszne - rzekł i założył swą zbroję, po czym wyszedł z komnaty.
-
Kersijana
Podeszła do okna i parzyła gdzieś zamyślona.. Serce jej pękało a oczy zalewały się łzami... Jeszcze nie tak dawno temu była pewna, że wreszcie odnalazła sens życia... Teraz to wszystko gdzieś się rozwiało. Pozostawiona sama sobie, niezrozumiana... Wszystkich których kochała zraniła. W imię miłości była zdolna nawet do morderstwa, choć wszyscy w około przekonują ją, że dobrze zrobiła i nic się nie stało... Nawet nie miała siły żegnać się z Adelą... Cathy nienawidziła, ale jednego czego mogła być pewna to tego, że kocha dziewczynkę i prędzej sobie da żywcem serce wyrwać niż pozwolić jej zrobić krzywdę. Tego jednego Elfka była wdzięczna Cathy. Wiedziała, że będą sobie wrogie do końca życia a Adela by tylko cierpiała przy nich widząc jak się ze sobą drą... Kersi z miłości do Adeli wolała cierpieć i jej już nie zobaczyć niż narażać ją na taką podłość... Powoli pozbierała się i poszła do szpitala sprawdzić czy może jeszcze jakoś komuś pomóc.
-
Kersijana:
W drodze do szpitala, spotkałaś znajomego Ci Rycerza Świtu. Jechał powoli stępa na swym przyozdobionym białym kropierzem rumaku, zatrzymując się na Twój widok. O! Witaj, cnotliwa pani! Wydobył się głos spode przyłbicy.
Catherine:
Zeszłaś z Margaret na dół, na dziedziniec, gdzie spotkałyście się z Lothiriel, Ritą, Adelą i Beatrice. Lilly przybyła zaraz za wami, wciąż roztrzęsiona. Tristan podprowadził Ci Rosie, ubraną w ciemnoczerwony kropierz, z pancernym, srebrnym naczółkiem.
Na dziedzińcu czekają rycerze Stanowczego Wezwania pod wodzą marszałka Ealdreda, w pełni uzbrojeni, konno, gotowi do walki.
-
Catherine
Skarbie,trzymaj się Lilly,dobrze?I odwagi maleńka,wrócimy do Was,obiecuję.... - szepnęła do siostry mocno ją tuląc i całując czule w policzek po czym spojrzała na swoją klacz a następnie na Betty z rękami skrzyżowanymi na piersi....
-
Catherine:
No co, chyba nie chcesz by Rosie coś się stało, prawda? Spytała niewinnie królewna.
-
Kersijana
Ukłoniła się, ale nie miała mu nic poza paroma przekleństwami do powiedzenia, więc szła dalej. Zanim doszła do szpitala miała zamiar jeszcze dojrzeć Mirilli Lassi
-
Catherine
Wiesz jak do tego podchodzę Betty....Najpierw ubranie a teraz to.... - szepnęła nerwowo do siostry dosiadła jednak swojej klaczy,choć mina zdradzała że nie jest zachwycona tym jak ją obsypano drogimi podarkami....
-
Kersijana:
Twój rumak stoi spokojnie w stajni... Bardzo się ucieszył na Twój widok, od razu gdy Cię ujrzał, podszedł i polizał po twarzy.
Catherine:
No wiem, ale ty powinnaś wiedzieć, jak ja podchodzę do tych, których kocham - odparła cicho Betty.
Podjechał tymczasem do was Ealdred stępa, oraz Lothiriel na swym białym koniu. Pani, chorągiew zakonna gotowa do boju, zaszczytem będzie, jeśli staniesz na jej czele - rzekł marszałek do królewny. Tej od razu oczka zalśniły i podekscytowana odrzekła - tak! Oczywiście! Rycerze! Sformować kolumnę i wyjeżdżamy z zamku, ku bramom miasta! Wykrzyczała, a Lothiriel chrząknęła i cicho stwierdziła - ekhem, córeczko, oni już są w kolumnie...
-
Kersijana
Też za Tobą tęskniłam... Pamiętasz łąki i wiatr w grzywie? Jasne, że pamiętasz..... Już niedługo,,, Oboje pognamy znowu w nieznane.... Ku słońcu tak jak kiedyś... Tylko TY i ja.... Pocałowała konie bardzo mocno w policzek.... chwilę była w niego wtulona, ale obowiązek i chęć pomocy rannym i chorym w końcu wziął górę....
-
Catherine
Burknęła coś pod nosem i nic jej nie odpowiedziała,czuła się bardzo niezręcznie z tego powodu jednak i tak nie mogła teraz nic zrobić.... - Jak tylko bitwa się skończy to oddam to wszystko i wrócę do starych ubrań....
-
Kersijana:
Zgodnie z postanowieniem, udałaś się do szpitala czekając na nawał rannych...
Catherine:
Ach tak, hihi - Betty w końcu oparła rękę o biodro, uniosła dumnie głowę i wykrzyczała - za mną, po śmierć, chwałę i wszystko co nam na tym świecie drogie! Rycerze zawtórowali jej okrzykiem i wszyscy kłusem ruszyliście naprzód... Wraz z Margaret, Ritą i Lothiriel. Usłyszałaś jeszcze płacz Adeli...
-
Catherine
Odwróciła się do Adele i posłała jej całusa zaraz po tym pogrążając się w ponurych myślach i nawet odrobinę nie podzielając zachwytu Betty....
-
Catherine:
Wyruszyliście główną ulicą miasta, w stronę bramy wyjazdowej... Ludzie zebrali się po bokach tej ulicy, pochylając głowy przed wami i rzucając kwiaty pod kopyta bojowych rumaków. Beatrice jest dumna, jak jeszcze nigdy przedtem...
Wyjechaliście przed miejskie bramy na otwarte pole. Jatu widząc to, szybko porzucili swój sprzęt oblężniczy, spieszeni po dosiadali koni i sformowali się w ogromną ławę, w oddali od was. Zagrzmiały ich rogi wojenne... Zaraz dołączyli do was pozostali rycerze oraz inni obrońcy miasta. Cała wasza jazda zebrała się w dużym hufcu, w którym się znajdujecie, w centrum tej małej, lariańskiej armii. Tristan i Margaret zajęli miejsca przy Tobie. Królewna wysunęła się na czoło, jeżdżąc stępa powoli, patrząc na wszystkich... Szczególnie zaś często zawieszając swój wzrok na Tobie i mamie. Wygląda, jakby zbierała myśli...
-
Catherine
Mimo własnego fatalnego nastroju i samopoczucia nie zapomniała o swoich bliskich,gdy siostra zbliżyła się do niej powiedziała - Betty....Pamiętaj co mi obiecałeś po starciu z żywymi trupami....Uważaj dziś na siebie i nie szarżuj za bardzo,dałaś mi słowo siostro....
-
Catherine:
Pamiętam o wszystkim, co ci obiecałam siostro - odszepnęła Beatrice i zacisnęła zęby, szarpiąc mocno wodzami. Zaczęła galopem jeździć przed szeregami swojej jazdy... Wydobyła miecz Anor z pochwy i rozpoczęła swą przemowę - zwróćcie swe oczy ku mnie, posłuchajcie, co chcę wam rzec! Wiele lat temu uzurpator Ulryk wymordował potomków królewskiego rodu Pendoru! Przeżyłam tylko ja... Wychowana przez królową Noldorów i rycerzy Gryfa, niezłomnie stojących na straży dynastii! Dzisiaj wiodę was do walki... Do walki o sprawiedliwość! Na moje przybrane siostry przysięgam wam, że dam wam chwałę, dam wam sprawiedliwość, dam wam dobro a Pendor znów będzie uosobieniem cnót, honoru, rycerskości! Nie bójcie się śmierci w tej bitwie... Śmierć jest tylko początkiem, kiedy nadejdzie, wyczekiwać będziecie w raju na swych bliskich! Nie odejdziecie od tych, którzy was kochają, nie odejdziecie na zawsze! A gdy znów się spotkacie w krainie wiecznego życia i młodości, będziecie mogli rzec, że oddaliście swe ziemskie żywota za słuszną sprawę! Na wszystko co miłujemy, na wszystko czemu jesteśmy wierni, wzywam was do walki, rycerze Larii! Na śmierć albo zwycięstwo, na śmierć albo zwycięstwo!!! Wywrzeszczała na cały głos unosząc miecz do góry.
-
Catherine
Na śmierć albo zwycięstwo! - krzyknęła w ślad za siostrą by dodać jej otuchy dobywając przy tym miecza,chciała nawet zaklaskać w dłonie bowiem była to naprawdę dobra przemowa jakiej prawdę mówiąc się po niej nie spodziewała....Do myślenia dały jej zwłaszcza słowa o raju jednak nie przekonały jej a wręcz ponownie przypomniały straszny i nieubłagany dla niej los.... - Cóż z tego skoro najpierw będę paskudna i niedołężna i przez kilka lat wycierpię tyle ile przez całe dotychczasowe życie?!A takie zdziry jak Kersijana mają dar nieśmiertelności,ten świat jest naprawdę popieprzony....
-
Catherine:
Ten sam okrzyk podchwycili wszyscy, poza Lothiriel, która wyjęła sakwy przytroczonej do siodła biały, zdobiony róg. Cokolwiek się stanie, nie rób nic głupiego i zaufaj mi, wiem co robię - szepnęła do Ciebie królowa i ruszyła cwałem naprzód. Beatrice wrzasnęła znów - naprzód, zawierzmy swe żywota na ołtarzu walki między dobrem a złem, szarża! Skinęła mieczemw stronę wroga i cały hufiec ruszył galopem z głośnymi okrzykami.
-
Catherine
Pognała w ślad za siostrą jednak cały kontrolowała wzrokiem gdzie jest mama....Jej słowa nie zbyt wzięła sobie do serca bowiem w obecnym stanie ostatnie na co zwracała uwagę było własne życie i bezpieczeństwo....W śmierci w boju widziała nawet szansę na uniknięcie strasznego losu jaki z pewnością ją czekał....
-
Kersijana
Poszła do szpitala, ale nie mogła usiedzieć na miejscu... Wewnętrznie czuła, że jej miejsce jest gdzie indziej. Wierciła się pospiesznie z kąta w kąt by w końcu pobiec do stajni po swego konia....
Nie umiem walczyć, ale Ty zasługujesz na to by tam być.... Może,,,,Ty nie zapomniałeś jak kiedyś przy innym Panu dzielnie stałeś w szyku i razem z innymi rumakami w szalonej szarży niosłeś strach i panikę wrogowi... Biegnij mój miły na zatracenie... Może przyjdzie dziś nam razem jeszcze gnać w Zielonym Gaju. Niekończących się łąk w trawie gęstej jak mgła poranna.... Biegnij...
Kersi dosiadła rumaka i pognała za chorągwiami.....
-
Catherine:
Pędząc z całym hufcem w stronę Jatu, dostrzegłaś jak królowa zaczęła jechać cwałem po ukosie i zadęła z całej siły w róg. Pierścień na jej palcu zalśnił niesamowitą, niespotykanie wielką jak dotąd poświatą... Wtedy z oddali usłyszałaś odpowiedź kilkudziesięciu innych, tak samo grzmiących rogów wojennych a Jatu, szykujący się do szarży, zatrzymali się zdezorientowani.
Kersijana:
Wystrzeliwszy pędem z miasta ujrzałaś ogromną, błękitną poświatę i usłyszałaś dźwięk kilkudziesieciu rogów wojennych. Nie doszło jeszcze do walki...
-
Catherine
W każdej chwili była gotowa rzucić się na pomoc mamie i z niepokojem obserwowała to co właśnie wyczyniała....
-
Kersijana
Zwalniała konia gdy podjechała na tyły chorągwi... Mirillia Lassi nastroszył uszy i Elfka wyczuła jak napina mięśnie.... Nawet Ona, znając go i doskonale czując się w siodle ledwo mogła nad nim zapanować. Koń zaczął się tak zachowywać dokładnie wtedy gdy usłyszał Róg Nordolskiej Królowej.... Widocznie wyczuwał Swych Braci i Siostry... Elfka mogła przysiąc, że za chwilę straci nad nim kontrolę... Położyła dłoń na jego szyi. Już nie długo..... Obiecuje....
-
Catherine:
Jatu zaczęli panicznie się cofać, nie zamierzając chyba stawiać zbyt silnego oporu. Lothiriel zatoczyła koło, dobywając łuku i puszczając celne strzały w stronę koczowników, a następnie wyczekując aż przejedziecie. Wasza szarża wbiła się w nich, siekając jeźdźców i tratując wysadzonych z siodeł. Rozległy się przeraźliwe krzyki, szczęk stali, rżenie koni i grzmoty wielu, wielu kopyt. Rozpętała się straszliwa walka, ale Jatu starają się wycofywać, chociaż co chwila zawracają, tak jakby byli atakowani z dwóch stron... Widocznie spodziewana odsiecz przybyła.
Kersijana:
Dostrzegłaś, że szarża kawalerii wreszcie wbiła się w Jatu. Na jej tyły wycofała się Lothiriel, zbierając wokół siebie kilku konnych łuczników, w tym Ritę. Królowa dostrzegła Cię i zaczęła się przyglądać ze zdziwieniem...
-
Catherine
Siekła koczowników bezlitośnie,nie tylko by dać ujście złym emocjom jakie się w niej zebrały ale także za rany jej przyjaciółki,zgwałcone kobiety,zamordowanych mężów i dzieci i spalone wioski....Zatracała się w walce i nie baczyła zbytnio na trzymanie szyku,nie przejmowała się też tym czy przeżyje czy zostanie na polu bitwy już na zawsze....
-
Kersijana
Starała się jak tylko mogła zapanować nad koniem... Dostrzegła wpatrującą się w nią Lothiriel jednak nie podjeżdżała do niej... Trzymała się z tył by przypadkiem królowa nie zginęła próbując ją ochraniać, albo robiąc podobnie głupią rzecz. Obserwowała z pewnej odległości co się w ogóle dzieje... Skupiała się na koniu... To w sumie teraz powierzyła mu swoje i tak już wątpliwe życie...
-
Catherine:
Po kilku chwilach bezlitosnej walki, koczownicy otrząsnęli się i zaczęli desperacko walczyć. Potężni, elitarni i znakomicie opancerzeni wojownicy okazali się trudnym wyzwaniem. Pośród bezladnej rąbaniny, dostrzegłaś Margaret walczącą szaleńczo w okrążeniu. Na jej pomoc rzucił się całe szczęście Tristan, ścinając dwóch koczowników od razu i dołączając do walki z resztą. Sam jednak dostał potężnie buzdyganem, który wgniótł jego hełm... Blacha zadała mu chyba poważną ranę na głowie, bo krzyknął głośno z bólu. Betty tymczasem spięła swego rumaka ostrogami i z wyskoku odrąbała głowę jeźdźcowi Jatu, ale sama znalazła się niemal w beznadziejnej sytuacji, wychylając się przed szereg rycerzy.
Kersijana:
Mirillia Lassi niesie Cię z gracją... Jatu zaczynają okrążać Lariańczyków z lewej flanki, już ich strzały padają tam, gdzie jesteś, na szczęście póki co Cię mijając. Jeden z konnych łuczników po oddaniu strzału, krzyknął do Ciebie - uciekaj pani, śmierć tu znajdziesz tylko a i tak orężem się nie posługujesz!
-
Catherine
O nie....Za mną!Chronić królową! - krzyknęła ruszając jej na pomoc,życie Tristana także ceniła jednak nie mogła porzucić siostry w tak trudnej sytuacji....Gdy tylko wyrąbała sobie do niej drogę rzekła gniewnie z trudem nie czyniąc jej wyrzutów ze złamanej obietnicy - Wracaj do szeregu głupia,nie widzisz że wpadłaś w okrążenie?!
-
Kersijana
Jakby ją łucznik z jakiegoś odrętwienia wyrwał nagle... Ściągnęła wodze i skierowała konia łukiem na tyły... Wzrokiem jeszcze spojrzała na królową nordolczyków... ale powoli wycofywała się... Ów łucznik miał rację.... Co ona właściwie chciała robić w strojnej kiecce na polu walki... Gdy wycofywała się i była w miarę w bezpiecznej odległości zaczęła rozglądać się za rannymi...
-
Catherine:
Rycerze szybko podążyli za Tobą i przebiliście się do królewny. Beatrice tymczasem jest tak podekscytowana, że nie orientowała się, że jest w okrążeniu. Skinęła Ci głową z dziwnym uśmiechem, ogniem w oczach, i łapiąc Cię za rękę ruszyła naprzód, w kolejne kłębowisko wrogów, a rycerze za wami... Ale Jatu zawrócili swe konie i zaczęli zasypywać was deszczem strzał...
Kersijana:
Ujrzałaś, że właśnie na lewą, chwiejącą się i oskrzydlaną flankę, nadjeżdża masa rycerzy Gryfa, imponująca swym złowrogim wyglądem. Prowadzi ich Wielki Mistrz Archibald, i mimo że nie widzisz przysłoniętej hełmem twarzy, to rozpoznajesz go po czerwonej poświacie z oczu. Niektórzy ranni leżą na polu bitwy, nie mogąc się ruszyć, ale podejście do nich jest wielce ryzykowne...
-
Kersijana
Nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo starała się dostać mimo wszystko do rannych... Wzrokiem też szukała Elfki....
-
Catherine
Złapała ją mocno za rękę i cmoknęła w policzek mimo że miała ochotę dać jej z liścia by nieco ochłonęła....Zaraz po tym krzyknęła - Jadę sprawdzić co z Margaret i Tristanem!Nie goń ich Betty i nie szalej tak!Już jedną obietnicę złamałaś! - po czym zawróciła konia postanawiając wprowadzić swój plan w życie,normalnie nie opuściła by siostry jednak grupa rycerzy która jej towarzyszyła nieco ją uspokajła....Nie liczyła jednak na to że Betty ochłonie,czuła że jedynie uderzenie w twarz mogło by ją teraz ostudzić ale wiedziała że wtedy jej mała siostra zaczęła by płakać....No i nie wypadało bić królowej na oczach całego wojska nawet jeśli ta na to zasługiwała....
-
Kersijana:
Zeskoczyłaś z konia i wzięłaś jednego z rannych rycerzy. Ciężko mu pomóc lub znieść z pola bitwy, wiele bowiem waży w tej zbroi... Jest przytomny, ale nic nie mówi. Królowej nigdzie nie dostrzegasz. Nagle spadł ogromny deszcz strzał, niektóre z nich doleciały aż tu. Jedna zraniła Cię w udo...
Catherine:
Natarcie się zatrzymało, gdy Jatu zaczęli uciekać i zasypywać was deszczem strzał. Dotarłaś do Margaret i Tristana, rycerz leży na ziemi i osłania swym ciałem nieprzytomną Veccaviankę. Sam niestety na wbite trzy strzały w lewe ramię...