-
Robert:
Młoda panienka potrząsnęła głową na słowa rycerza, by się rozbudzić nieco i chwyciła mocno wodze w jedną dłoń. Oczy jej się zażarzyły, przytomność wróciła jej jako z bata strzelił. Saraceni!? Krzyknęła. Och Boże, saraceni! Na to gwałtownie zawróciła rumaka, o mało oboje nie spadliście z niego. Ruszyła wnet naprzód galopem... Problemem jednakoż jest, iż nie widzisz nic przed sobą, wiatr bowiem rozwiewa włosy Charlotte tak, iż lecą one wprost na Twą twarz.
-
Robert
Pani,nic nie widzę,Twe złociste włosy mi widok przesłaniają - rzekł odgarniając je na chwilę - przytrzymałabyś je na moment bym mógł z wrogiem się rozprawić?
-
Robert:
Dziewczyna bez słowa jedną dłonią możliwie najszybciej zgarnęła sobie wszystkie włosy, po czym ścisnęła je mocno odsłaniając Ci widok. Panie Robercie, Panie Robercieeee... Zaczęła mówić drżącym głosem, widać iż ogarnął ją strach. Gdy zbliżyliście się, ta zgodnie z Twoimi instrukcjami odbiła nagle w lewo, ale było to tak gwałtowne, iż nie zdążyłeś zadać ciosu. Wstrzymała konia, to samo zrobili saraceni... Mineliście się przedtem w prędkości wielkiej, teraz zaś jesteście naprzeciw siebie. Wtem jeździec w kolczudze krzyknął łamaną łaciną - ty nam dać niewiasta, ja ją za żona pojąć, i my odejść!
-
Robert
Po moim trupie! Niewiasta jest pod moją opieką i pókim żyw tknąć jej nie pozwolę! - odkrzyknął Saracenowi ze złością spluwając po tym na ziemię,po czym dodał uspokajającym szeptem do Charlotte - Nie bój się,będzie dobrze,wszystko będzie dobrze,nie pozwolę Cię skrzywdzić.......,a teraz przygotuj się na mocny zryw mojego wierzchowca - puścił ją ujmując tarczę i wykrzyknął do swego towarzysza po Włosku - Szarża!
-
Robert de Modica walcząc z dwoma saraceńskimi jeźdźcami, otrzymał trzy rany lekkie oraz średnią, farys był sprawny w walce, ale nie powiodło mu się tego dnia i padł pod ciosami Normana. Drugi z wojowników zaś poległ prędko, nie czyniąc rycerzowi szkody. Problemem była panienka Charlotte, wciąż siedząca na przednim łęku siodła utrudniając walkę. Jest mocno roztrzęsiona tym, iż znalazła się w środku wrzawy i wydaje się, iż nie może wykrztusić nawet słowa, jakoby nieobecna. Robert teraz dopiero poczuł ból z zadanych ran, zaczynają wielce doskwierać.
Bertrand oraz Adriano usiekli po czterech wrogów, sami nie odnosząc ran, resztę zaś roznieśli na mieczach Agnes, Godwyn oraz Oswald. Tutaj potyczka problemem nie była, piechurzy z włóczniami nie mieli szans z ciężkozbrojnymi rycerzami na koniach i biegłą w mieczu damą. Jeden z saracenów dycha jeszcze, próbując się podnieść. Pani de Montmirail pognała po śladach za rumakiem Roberta, zapewne w trosce o Charlotte.
-
Robert
Jęknął jedynie poprawiając się w siodle,złapał się za ranę która najbardziej mu doskwierała i krzywiąc się z bólu wydusił - Pani,nic Ci nie jest?
-
Bertrand
Zeskoczył z konia, i stanąwszy na konającym w odległości około metra spytał go po arabskuKto wy? Czego tu szukać?
-
Robert:
Nie, nie... Chyba... Nie - odparła wystraszona dziewczyna, zsuwając się z siodła. Upadła na ziemię, ale raczej nie boleśnie. Jest przytomna, podparła się jedną ręką na ziemi, będąc w pozycji półleżącej oraz ze spuszczoną głową. W oddali dostrzegasz kobietę w ciemnoniebieskiej sukni oraz białej pelerynie na ciężkim koniu, z całą pewnością to Agnes galopuje ku wam.
Bertrand, Adriano:
Allah jest wielki! Sułtan... On nam kazał palić, grabić, w imię Allaha by niewiernym psom ukazać swą potęgę! Wielka, wielka armia zmierza ku Jerozolimie, setki tysięcy, setki tysięcy! Śmierć nadejdzie do was! Wykrzyczał ledwie ranny włócznik po arabsku.
-
Robert
Pani! - wykrzyknął schodząc z konia,jednak nie robi tego zbyt szybko by nie podrażnić ran,po czym pomaga jej wstać,gdy już to zrobi mówi - Byłaś bardzo dzielna,pomimo zmęczenia świetnie sobie poradziłaś
-
Bertrand
Zmiłuj się Panie Boże nad duszą tego nieszczęśnika, jak i nad duszami tych tutaj pozostałych. Amen. po czym dodał po arabsku Twój Allah to diabeł, gdyby istnieć toby Cię wyratować, nawrócić się teraz to Ci Bóg jeden nasz przebaczy.