-
Catherine
Nie! - krzyknęła rozpaczliwie zeskakując z Rosie i przypadając do rannej przyjaciółki,na szczęście w tym wszystkim pamiętając by zabrać ze sobą tarczę....Jednak nie mogła sobie wybaczyć że zostawiła ich samych mimo,że w głębi duszy wiedziała że tak samo mogła by skończyć Betty gdyby ją zostawiła.... - Tristanie,dasz radę ją stąd zabrać?Dla Was już bitwa skończona....Pomogę Ci wsiąść na konia a potem ją podam....
-
Kersijana
Syknęła z bólu. Sama ranna i rycerz leżący w zbroi... Gdzieś ranny Panie?... Nie mogąc go odciągnąć w bezpieczne chciała na miejscu zacząć go opatrywać
-
Catherine:
Uważaj! Ryknął rycerz i mocno Cię do siebie przytulił, tak że zasłoniliście sobą Margaret. Spadła kolejna ulewa strzał, cztery z nich wbiły się rycerzowi w plecy, dziesiątki zaś odbiły od jego pancerza i Twej tarczy. Jedna ze strzał zraniła też Twą dłoń bardzo boleśnie...
Kersijana:
Dopiero zauważyłaś, że rycerz ma wbity w plecy grot lancy. Coś jęknął, ale nie mogąc sklecić żadnego słowa...
-
Catherine
Załkała bezgłośnie a w jej oczach pojawiły się łzy,wiedziała że nie da rady zabrać ich obojga,nie było też mowy by którekolwiek z nich tu zostawiła....Dlatego odłożyła dumę na bok i krzyknęła rozpaczliwie - Pomocy!Pomóżcie mi! - i zasłoniła sobą i swą tarczą oboje z nich wiedząc że nie przeżyją kolejnego deszczu strzał bez jej poświęcenia a ten z pewnością nadejdzie.... - Czemu głupku nie wziąłeś swojej tarczy?!
-
Catherine:
Kilku rycerzy pozbawionych koni rzuciło się wam na pomoc. Jeden wziął Margaret na ręce, drugi Ciebie, a dwóch wzięło Tristana. Zaczęli was szybko prowadzić na tyły... Catherine... Jęknął w Twą stronę Tristan.
-
Catherine
Jestem tu i żyję dzięki Tobie....Obie żyjemy,ocaliłeś nas Tristanie.... - odparła mu łagodnie,jednak w środku aż się rwała do walki,zresztą zamierzała do niej wrócić jak tylko opatrzą jej dłoń....
-
Kersijana
Dni Twe Panie kresu doczekały... wyszeptała widząc jego ranę.. Doskonale sobie zdawała sprawę, że nie może mu w tych okolicznościach pomóc.Starała się by jej głos brzmiał najczyściej i najmilej jak to tylko możliwe. Zewsząd spadały strzały i choć wydawało się że wróg ustępuje to jeszcze nic nie jest przesądzone... możliwe, że właśnie się przegrupowują. Elfka nie chciała jednak opuścić rannego rycerza. Jeśli taka będzie potrzeba to przy nim, w tych być może jego ostatnich chwilach, będzie. Położyła jego głowę na swoje kolana i pogłaskała po policzku uprzednio zdejmując mu hełm.
-
Catherine:
Tristan uśmiechnął się tylko i zamknął oczy wyczerpany. Tymczasem przybyło do was kilku lariańskich rycerzy na koniach, prowadząc także wasze rumaki. Jeden z nich krzyknął - jestem tu z rozkazu pani Beatrice, mam strzec księżnej Catherine, sir Tristana i pani Margaret, póki nie wydostaną się poza pole walki!
Kersijana:
Gdy zdjęłaś hełm rycerza, ujrzałaś że jest on przystojnym, dość młodym blondynem o długich włosach i krótkim zaroście. Taka piękna... Nie ofiaruj swego życia kimkolwiek jesteś i uciekaj, dla mnie i tak nie ma już nadziei... Wyjąkał, a strużka krwi pociekła mu z kącika ust.
-
Catherine
Postaw mnie - rozkazała rycerzowi który ją niósł na rękach - Sama sobie opatrzę tą dłoń,tą żmiję trzeba by wywlec za pole walki na przymusową operację mózgu!
-
Catherine:
Po cóż, pani! Jesteś ranna i ze strzałą w dłoni nie możesz walczyć! Odparł rycerz.
-
Catherine
Nie interesuje mnie to,w tym tempie zanim dojdziemy do uzdrowicieli bitwa się skończy!Oni może nie mogą jechać konno ale ja już tak,pojadę sama,opatrzą mi dłoń i wracam do walki,a teraz stawiaj mnie na ziemi bo kończy mi się cierpliwość!
-
Catherine:
Ehh, dajcie tu jej konia! Krzyknął rycerz, po czym usadził Cię na Rosie. Powodzenia, pani!
-
Catherine
I wam powodzenia życzę.... - odparła po czym ujęła wodze w zdrową dłoń i pognała w stronę miasta by jak najszybciej wyleczono jej dłoń
-
Catherine:
Za Tobą gnali jeszcze jakiś czas rycerze przysłani przez Betty, dopiero zawrócili przed bramami miasta. Gdy przez nie przejechałaś, dojrzałaś jak z murów zbiegają Adela z Lilly, zaniepokojone. Siostro! Krzyknęła mała.
-
Catherine
Kochanie! - odkrzyknęła na jej widok,zeskoczyła z konia podbiegając do niej i objęła ją zdrową ręką,jednak zaraz po tym zwróciła się do Lilly mówiąc - Moja droga,potrzebuję Twojej pomocy,Betty kompletnie straciła głowę i miota się po polu bitwy zupełnie nie orientując się w sytuacji,zaraz znów wpadnie w jakieś kłopoty....Dlatego muszę tam wracać,ale z tą dłonią nie dam rady,opatrzysz mi ją?
-
Catherine:
Adela przytuliła się mocno do Ciebie... Lilly wzięła do rąk Twą zranioną dłoń i rzekła - dziewczyno chyba nie sądzisz, że pozwolę ci wrócić do bitwy tak! Muszę ci najpierw wyjąć strzałę, przemyć ranę, obandażować... A później musisz uważać, by jej nie zakazić, nie, nie ma mowy, dla ciebie bitwa się skończyła!
-
Catherine
Lilly,bo poszukam innego uzdrowiciela!Jesteś najlepsza zaraz po mamie,i ufam Ci tak samo jej....Dlatego proszę,nie każ mi tego robić,beze mnie którejś z nich może się coś stać.... - rzekła kładąc zdrową dłoń na policzku przyjaciółki spoglądając w jej oczy....
-
Catherine:
Ehhh no dobra już dobra! Co za uparta cholera z ciebie... Z was wszystkich, w ogóle, jedna szarżuje jak głupia, druga chce ją ratować, a potem wszystkie do Lilly, najlepsze że jeszcze nie pozwolą jej się sobą zaopiekować, tylko "muszę wracać do walki, muszę wracać do walki"! Daj rękę i się nie ruszaj...
-
Catherine
Też Cię kocham.... - odparła zastygając w bezruchu zgodnie z poleceniem....
-
Catherine:
Lilly ułamała Ci strzałę, a następnie starannie usunęła grot z dłoni. Po tym polała ranę jakąś miksturą z niewielkiej buteleczki, a następnie zabandażowała Ci dłoń... Cały zabieg był bolesny, a Ty wciąż niezbyt możesz ruszać zranioną dłonią, ale wygląda na to że chociaż wodze będziesz mogła w niej trzymać. Gotowe, a teraz jedź, nie bacz jeszcze na własne bezpieczeństwo, bo po co - rzekła Lilly i przytuliła Adelę do siebie, roniąc łzy.
-
Catherine
Kocham Was obie.... - rzekła obejmując je delikatnie i całując każdą w policzek, po czym wskoczyła na konia i rzuciła jeszcze z siodła - Zaraz powinni przynieść Margaret i Tristana,zajmijcie się nimi proszę.... - i nie czekając na odpowiedź pognała z powrotem w stronę pola walki....
-
Kersijana
Gdy rycerz skonał na jej kolanach elfce popłynęły łzy z oczu. Nie było ich wiele ale jedna spływając po jej twarzy skapnęła na jego twarz... Dziwne, ale Elfka to właśnie zapamiętała. Ilekroć zobaczy łzę na kogoś policzku to zawsze pomyśli o tym młodzieńcu co postawił na szali swoje życie by bronić takich jak ona... Ludzi czy Nordolczyków... Nie jest istotne jakie rasy, ważne że bezbronnych i słabych... Zawsze znajdzie się ktoś kto ma siłę postawić się niesprawiedliwości i tyrani. Koto jest w stanie do najwyższego poświęcenia...,
Kersijana jeszcze chwilę była przy rycerzu, ale w końcu wstała... zaczęła rozglądać się w około by rozpoznać sytuację... Zastanawiała się gdzie jest Lothiriel. Przecie Ona musi być tam gdzie jej Bracia... Tam gdzie nordolsie rumaki.......
-
Kersijana:
Rycerz zamknął oczy i zmarł, gdy zdjęłaś jego głowę ze swych kolan. Królowej nigdzie nie widzisz, ale dostrzegłaś że Beatrice wraca z konnymi Lariańczykami kłusem. Wymachuje swym mieczem wykrzykując - zluzować szyki! Przegrupować się i nacieramy znowu! Widzisz również z oddali, na prawej flance armii, jak jacyś jeźdźcy na białych oraz czarnych koniach szykują się do kolejnego natarcia. To prawie na pewno Noldorowie, gdyż ich zbroje błyszczą niesamowicie a maści ich wierzchowców świadczą o doskonałych rasach...
-
Kersiajana
Wreszcie....Moi bracia... Kersijana wskoczyła na Mirillia Lassi chciała znaleźć jakieś w miarę bezpieczne miejsce by móc popatrzeć na szarżę nordolczyków....Gdy usłyszała Beatrice schyliła się mocno na szyję konia by ta jej nie dostrzegła. Było mało prawdopodobne by Beatrice ją zobaczyła ale zawsze istniało takie prawdopodobieństwo.
-
Kersijana:
Beatrice zgodnie z przewidywaniami nie dostrzegła Cię, podekscytowana i zajęta zagrzewaniem swoich rycerzy do walki. Gdy podjechałaś trochę do hufca noldorskich wojowników, dostrzegłaś że to Rycerze Brzasku pod przewodem samego króla... Władca, ubrany w przepiękną, srebrną, runiczną zbroję, w długim płaszczu, w złotej koronie i dosiadający białego rumaka, zwrócił na Ciebie swą uwagę.
-
Kersijana
Powitała Skinieniem głowy Króla..... Witam Was Panie... Jestem służką waszej żony... Zagubiłam się w tej matni i miałam nadzieję odnaleźć ją Przy Was... Przy Rycerzach Brzasku. Proszę nie odsyłajcie mnie... Tam gdzie i Ona tam jest moje miejsce......
-
Kersijana:
Nigdzie jej dostrzec nie możemy, ale wyczuwam jej obecność, moja Lothiriel naprawdę żyje, moja kochana Lothiriel... Odparł król. Z szeregów Rycerzy Brzasku wyjechał również Elrohir, patrząc na Ciebie i pytając - co tu robisz? Drogę masz wolną, możesz jechać dokąd zechcesz. Nie chcesz wszak już być przy mnie.
-
Kersijana
Spuściła głowę gdy Elrohir ją tak powitał.... Wiele słów powiedziała ale niewiele zrozumiał On z tego co mówiła... Czuła jak do oczu napływają jej łzy... nagle spięła konia i ruszyła cwałem w kierunku zamku.... Nie oglądała się za siebie i nie słuchała żadnych nawoływań... Jak mogłeś,,, jak ty mogłeś? Kersi miała zamiar pozbierać swoje rzeczy i uciec. Uciec jak najdalej od wszystkich których tak kochała i których tak mocno raniła....
-
Kersijana:
Elrohir ruszył cwałem za Tobą, doganiając Cię po kilku chwilach. Zatrzymaj się, jeśli jeszcze mnie kochasz - rzucił patrząc na Ciebie.
Catherine:
Gdy wyjechałaś z bramy, zobaczyłaś że rycerze niosą jeszcze Tristana, ale Margaret już nie... Jej rumaka również nie ma.
-
Catherine
O nie! - pomyślała i natychmiast do nich pytając - Gdzie ta dziewczyna którą przed chwilą tu nieśliście nieprzytomną?!
-
Catherine:
Jeden z rycerzy, któremu z nosa leci krew, rzekł - ocknęła się, wyrwała i jeszcze strzeliła mi w nos stalową rękawicą, ehh tak to jest pomóc damie w potrzebie...
-
Catherine
Ale gdzie ona jest?! - krzyknęła z przejęciem rozglądając się w międzyczasie po polu walki próbując wyłowić ją wzrokiem spośród walczących
-
Kersijana
Zwolniła konia i w końcu się zatrzymała.... Jak mogłeś pomyśleć..... zwątpić w moją miłość... Jak mogłeś? Wykrzyczała do niego płacząc....
-
Kersijana:
A ty możesz mnie opuszczać wtedy, gdy najbardziej cię potrzebuję? Jak więc mam nie wątpić! Odrzekł Elrohir, wyraźnie zatroskany.
Catherine:
Pojechała dołączyć do rycerzy - odparł. Zorientowałaś się właśnie, że nastąpiła przerwa w bitwie. Rycerze poluzowali szyk i wyczekują, a Betty jeździ pomiędzy nimi i wykrzykuje coś głośno. Widzisz również Margaret stojącą w hufcu. Na lewej flance dostrzegasz zaś przybyłych Rycerzy Gryfa, którzy porządkują szyki...
-
Catherine
Bez zastanowienia pognała w ich stronę.... - Czemu one muszę być takie głupie? Kompletnie nie myślą....Szkoda że największą cenę zapłacił za to Tristan....
-
Kersijana
Zawróciła konia i podjechała tak by stanąć jak najbliżej Elfa.... Wybacz, ale ja tak bardzo się boję o Ciebie... Bałam się zakochać bo wiem co to stracić swoją miłość... Nie chcę tęsknić i nie chcę by Ci się coś stało... Ale też nie chcę .... nie potrafię zapomnieć... Przytul mnie....Kersijana wyciągnęła do niego ręce
-
Catherine:
Pamiętajcie, jak Jatu ruszą ku wam, krzyknijcie im: moja siostrzyczka!? Cathy! Krzyknęła Beatrice przerywając swoją mowę i podjeżdżając do Ciebie, a następnie czule się przytulając...
Kersijana:
Rycerz westchnął ciężko i przytulił Cię szepcąc - nie rezygnujmy z miłości, wiemy oboje jakie one wymusza poświęcenia ale to nie jeszcze powód...
-
Catherine
Westchnęła ciężko jednak niemrawo odwzajemniła uścisk nic nie mówiąc,wciąż była na nią wściekła za złamanie obietnicy i to jak się narażała i kompletnie zatraciła w walce jednak wiedziała że wypominanie jej tego w środku bitwy to kiepski pomysł i postanowiła odłożyć to na później....
-
Catherine:
Beatrice ucałowała Cię w twarz kilka razy ucieszona i złapała za rękę. Margaret uśmiechnęła się do Ciebie uroczo.
-
Catherine
Dalej milczała nie odwzajemniając ani pocałunków ani uśmiechu,mimo że cieszyła się widząc je obie w dobrym zdrowiu to była wściekła za ich nieodpowiedzialne zachowanie,ponadto zdenerwowała się na Margaret że po raz kolejny uderzyła mężczyznę który niósł jej pomoc....- Tristana też by walnęła za to że ją własnym ciałem przykrywał?!