-
Robert:
Charlotte nic już nie odrzekła, spojrzała tylko w oczy Normana, kiedy ten do niej przemówił. Po chwili podjechała do was Agnes trzymając w dłoni splamiony krwią miecz. Schowała go do przytroczonej do siodła pochwy, po czym zeskoczyła na ziemię, podbiegając natychmiast. Utuliła swą szwagierkę mocno i czule, głaszcząc ją po włosach. Jak mam ci dziękować Robercie za ocalenie mej kochanej Charlotte? Spytała, sama roniąc kilka łez.
Bertrand, Adriano:
Allah jest wielki! Zakrzyknął znów ranny. Godwyn spytał po łacinie - co ten łachmyta niewierny, pies saraceński i świnia w gnoju pływająca, tam gada?
-
Robert
Gdy Charlotte spojrzała mu w oczy na chwilę zapomniał o Bożym świecie i ranach jakie odniósł, stał jak zahipnotyzowany wpatrując się w oczy niewiasty......, czy ujrzał w młodej dziewczynie odbicie swej ukochanej Julii? A może zobaczył tam coś innego? Tego nie wiedział sam Robert.....,gdy usłyszał słowa Agnes wrócił do rzeczywistości i odpowiedział - Nie masz za co dziękować,spełniłem swój rycerski obowiązek,nie mogłem im pozwolić jej skrzywdzić a tym bardziej zabrać co mi ten psi syn oferował - spluwając pod nogi gdy doszedł do propozycji farysa.
-
Bertrand
Ech, szansę żem mu dał, żeby nawrócił się, ale nie poskutkowało niestety. Mówił, że sułtan jego kazał im grabić i palić w imię Allaha. Prowadzi on także setki tysięcy wojsk pod Jeruzalem. Skoro Pana Boga przyjąć nie chce, to dobić go trza i dalej ruszać. Chyba że o co jeszcze mam spytać? Choć wątpliwym, że mi odpowie...
-
Robert:
Gdy tak spoglądałeś na panienkę de Moulins, wróciły Ci wszystkie wspomnienia swej ukochanej żony, obie wiele ze sobą wspólnego mają, te same oczy, równie piękna uroda, takoż cudny, anielski wręcz głos... Twoje serce, na którym zrobiło Ci się ciepło zareagowała tak samo, jako i męskość. Po tej cudnej chwili, gdy już odpowiedziałeś Agnes, ona do Ciebie odrzekła - to zaszczyt spotkać rycerza wiernego ideałom, rycerza prawego, gotowego do najwyższego poświęcenia, rycerza jak... Boemund...
Bertrand, Adriano:
Godwyn wykrzyczał coś zapewne po duńsku, po czym swym potężnym toporem odciął głowę saracena jednym, mocarnym cięciem. Oswald zaśmiał się widząc całe zajście, rzekł po tym - skąd znasz język tych świń Bertrandzie? O ile mi wiadomo, to niedawno żeś z Francji przybył...
-
Adriano
Zdradzieckie psy w Trypolisie, niewierne psy pod Jeruzalem. Zaiste Bóg chcę sprawdzić naszą wiarę w tak trudnym momencie. Ale czy przypadkiem nie było mowy o konnych i piechurach? Ja tu koni nie widzę.
-
Robert
Nic nie powiedział jedynie wykonał przed nią lekki ukłon.....a raczej próbował wykonać bowiem gdy tylko się pochylił od razu zapiekła go rana w boku,wydał z siebie przytłumiony jęk i odruchowo złapał się za ranę,podniecenie odleciało tak szybko jak się pojawiło a zastąpił je widok własnej krwi na ręce.....
-
Bertrand
Mój pradziad Święte Miasto pomagał zająć, niemal 100 lat temu. W Palestynie języka się wyuczył, coby wroga lepiej poznać. Powróciwszy do Francji memu dziadowi wiele opowiedział, a i saraceński mu wyłożył. I tak z pokolenia na pokolenie język ten pośród mego rodu przechodził, aż do mnie w końcu dotarł, i choć nie władam nim tak dobrze jak mój ojciec czy jego ojciec, to porozumieć się potrafię. No nic, ruszajmy zatem za panią, skoro z wrogami żeśmy się ostatecznie rozprawili.
-
Robert:
Pani de Montmiaril podbiegła do Ciebie natychmiast i podtrzymała swymi rękami, pytając z przejęciem - masz gdzieś bandaże? Rany opatrzyć trzeba, krwawisz. Charlotte tymczasem dalej oszołomiona usiadła znów na ziemi.
Bertrand, Adriano:
Dwaj konni pognali za Robertem, oby Bóg dał, że się z nimi rozprawił. A teraz za Agnes, chyżo! Krzyknął Oswald gnając konia do galopu. W trakcie jazdy zwrócił się do Bertranda - i teraz zamierzasz poświęcić żywot w obronie tego, za co pradziad twój krew przelewał? Piękna to będzie śmierć, bliska juz zapewne, czyż nie?
-
Robert
Do Toron dam radę dojechać,nie przejmuj się nimi - powiedział uśmiechając się słabo,nagle do rozmawiających dołączył Boemund który niespodziewanie przełożył głowę przez ramię swego Pana i z zaskoczenia polizał Agnes po twarzy wyszczerzając po tym zęby w łobuzerskim uśmiechu po czym jak gdyby nigdy nic oparł ją na ramieniu swego przyjaciela zastygając w oczekiwaniu.
-
Bertrand
Panie Oswaldzie... Gdybym to ja sam wiedział czego ja chcę... rzekł patrząc przed siebie, nie odwracając głowy na templariusza.