-
Kersijana:
Rycerz odwrócił się do Ciebie i zmarszczył brwi, pomagając Ci zsiąść z konia, uprzednio zdejmując swą rękawicę. Każdy z nas z jakiegoś powodu cierpi. Drugi cierpi z bólu tego pierwszego, jak trzeci i czwarty, a koło się zamyka... Koło, w którym jest cała nasza rasa. Wybacz mi, jeślim cię uraził, przypomniało mi się na twój widok tylko... Przypomniały... Dawne lata, bardzo dawne, kiedy nie byłem wyrzutkiem.
Catherine:
Lothiriel mocno Cię przytuliła, roniąc łzy dalej. Nie dopuścimy, obie nie dopuścimy córeczko. Zaczęła Cię głaskać po tyle głowy, nie przestając ściskać mocno.
-
Catherine
Nie płacz,już dobrze.... - powiedziała łagodnie głaszcząc ją przy tym czule i delikatnie po włosach,próbując zmienić temat rozmowy na mniej smutny po pewnym czasie zapytała - To....,długo będę chorowała? Nie żebym narzekała,zwłaszcza z taką opieką hihi
-
Catherine:
Z tym lekarstwem jutro będziesz już zdrowa - odparła Lothiriel ocierając łzy i uśmiechając się. E! Ale nie ma siedzenia, już mi pod kołdrę! Krzyknęła nagle ale bez gniewu i ułożyła Cię z powrotem, okrywając po tym.
-
Catherine
Zachowuje się jak by była moją mamą.... - pomyślała poirytowana,zachowała to jednak dla siebie by jej nie ranić i opadła na posłanie z ciężkim westchnięciem,pokazując jej przy tym język,jednak nie było w tym złośliwości,raczej przekomarzanie....
-
Kersijana
Ale szczęście tak jak i ból może przelać się na kogoś innego...Zważ Panie, że dobro i zło współistnieć muszą jednakowo by świat nie zatracił się w jednym bądź drugim. A czy od nas nie zależy po czyjej stronie się opowiemy?
Słyszałam, żeś panie wyrzutkiem... Ale i słyszałam że i szlachetny i mądry.
Nie, nie uraziłeś mnie a ino w zakłopotanie wprawiłeś. Ruszyłeś jak na złamanie karku... Martwiłam się o Ciebie... dodała półszeptem...
-
Kersijana:
Czemuś się o mnie martwiła? Spytał Elrohir, nieco zaskoczony, ściskając nieco Twą dłoń i patrząc w oczy.
Catherine:
Każę ci przyrządzić zaraz jakąś zupę ciepłą, cśśśś wiem że nie jesteś głodna, ale musisz, bez dyskusji - rzekła królowa głaszcząc Cię po głowie. W międzyczasie do namiotu weszła jakaś piękna kobieta w czerwonej sukni i mieczem u pasa, ze związanymi, jasnymi włosami. Widzisz, że z jej dłoni cieknie krew. Och! Jesteś, Lothiriel, chciałam... Ale... Nie znam cię, witaj, jestem Margaret. Rzekła do Ciebie podchodząc nieco bliżej i kucając.
-
Catherine
Usiadła na posłaniu i powiedziała z lekką troską w głosie - Catherine jestem....,a co sobie zrobiłaś w rękę? - nie czekając na odpowiedź powiedziała do Lothiriel - Zupa może zaczekać,najpierw zajmij się proszę jej raną.... - po czym nagle zdała sobie sprawę że na chwilę całkowicie odsłoniła swoje piersi i całą górę przed nieznajomą i podciągnęła kołdrę by się ponownie okryć....
-
Kersijana
Teraz to dopiero wpadła w zakłopotanie... Jak to czym? zapytała rezolutnie... Martwiłam się, że już Cię więcej nie ujrzę. Te słowa jednak wypowiedziała szeptem patrząc mu prosto w oczy....
-
Malacath:
Zamknij mordę, bo zaraz pójdę ci poprawić kolejną strzałą - z udawanym zdziwieniem spojrzał za siebie i po chwili podszedł do karczmarza, mówiąc po cichu, gdy ten zgadza się iść z nim w wygodne miejsce... Chyba, że nie ma zamiaru - Strasznie chamscy i nieuprzejmi są ci tutejsi ludzie... Ale w każdym razie. Przechowaj gdzieś mój łuk i strzały, a ja jak gdyby nic siedziałem sobie grzecznie przy swoim stole... Reszta to moja sprawa - po czym pokazał mu mieszek z denarami, jednak z dala przed wścibskimi spojrzeniami innych gości tawerny - Dasz radę, karczmarzu?
-
Kersijana:
Rycerz wpatrywał się przez chwilę w Twe oczy, zbliżając się do Ciebie, tak że aż czułaś jego oddech na swej twarzy... Usiądźmy, pani... Rzekł cicho, jakby delikatnie masując wnętrze Twej dłoni. Wygląda na... Zauroczonego?
Catherine:
Och - wymsknęło się Margaret, gdy ujrzała Twoje piersi i wpatrywała się w nie z otwartymi ustami póki ich nie zasłoniłaś. Cała się zarumieniła i opadła na tyłek, zapominając o swojej dłoni, którą Lothiriel tylko z lekkim uśmiechem chwyciła i zaczęła moczyć mokrą ścierką.
Rozcięłam sobie... Nożem... Wyjąkała Margaret.
Malacath:
Tak jest panie hehe, będę milczał jak grób - odparł karczmarz. Słyszysz jakieś poruszenie dobiegające z zewnątrz karczmy.