-
Dan:
Ojciec wzdychnął ciężko i odparł ci - Dan... Przecież wiesz, że nie mogę od tak zatrudniać nowych pracowników, bo inaczej zbankrutowałbym. Przecież je trzeba w coś ubrać, dać im jeść, miejsce do spania i zapłacić. Dodatkowo nauczyć je życia na farmie. Poza tym decyzja nie tylko należy do mnie, bo jeszcze Kate ma tu coś do powiedzenia. Więc nie wiem jak chcesz to wszystko pogodzić...
-
Dan
Także westchnął ciężko - No wiem.....,wiem......ale nie będziesz jej musiał nic płacić skoro już dach nad głową i wyżywienie im zapewnisz......,poza tym mówiłem że ta dziewczyna jest bystra,na pewno sobie poradzi,no i przecież nie będzie pracować w polu.....,w kuchni sobie już teraz umie dobrze radzić,jedyne czego by jej trzeba nauczyć to opieki nad zwierzętami a to oznacza że miał byś jednego chłopaka więcej do pracy w polu....,ubranie robocze też tylko dla jednej z nich a z mamą ja sam porozmawiam jak Ty się zgodzisz......
-
Dan:
Tyle, że nie znam ich nawet... Zobaczymy. Najpierw jednak chciałbym z nią porozmawiać. Jak dobre wrażenie na mnie zrobi to porozmawiasz z Kate o tym. Jeżeli i ona się zgodzi to przyjmę je. Ale opiekować się zwierzętami i innymi bibelotami będziesz ją uczyć ty.
-
Dan
Aż jęknął na wzmiankę o nauce,jednak wiedział,że nie mógł się teraz wycofać,dlatego westchnął ciężko i powiedział wyciągając przed siebie rękę - Dobrze,niech tak będzie,i tak dziękuję że w ogóle zechcesz ją przyjąć.....,zatem mamy umowę?
-
Dan:
Zgoda, choć widzę, że nie bardzo widzi Ci się nauka hehe, nie wnikam czemu - uścisnął dłoń Dana - No nic. Ja wracam na farmę. A ty gdzie teraz się udajesz? I dlaczego jesteś taki usmalony? Niedawno usłyszałem tu jakieś krzyki, więc w końcu poszedłem tu trochę popilnować farmy.
-
Dan
Ahh,wpadłem na pewnego szaleńca hehe.....,spokojnie,już siedzi za kratkami pod okiem wielebnego Vatrasa....,a udaję się zaraz z powrotem na ścieżkę a potem do Orlana i na farmę Onara,to zadanie do którego zleceniodawca przydzielił mi partnera......,pewnie to on się tak darł....a,byłbym zapomniał,straż przyśle tu niedługo kilku ludzi,zająłem się tym.....
-
Dan:
Szaleńca? Miejmy nadzieję, że więcej kłopotów nie będziemy mieli z tymi całymi magami. Ale znając życie ta kopalnia to nic, a coś większego się tu szykuje. No nic, niech się tym wojsko zajmie, albo zakon, bo oni są w końcu od takich magicznych spraw. Ja wracam na farmę. Żegnaj, synu...
-
Dan
Żegnaj ojcze....,jeszcze dziś postaram się zajrzeć tu ze swoją znajomą.....,no i mam nadzieję że Twój nowy miecz nie będzie Ci potrzebny,uważajcie tam na siebie.... - powiedział podając mu dłoń na pożegnanie a po tym udając się na miejsce spotkania z piratem
-
Edward
Gdzie Dan! Gdzie Dan! Ma mój rum w mieczach! Wykrzyknął do siebie, przechadzając się nerwowo po miejscu spotkania.
-
Edward i Dan:
Niedługo po twoim krzyku, zauważyłeś, iż Dan zbliża się do miejsca spotkania. Ma chyba też z sobą miecz po szkielecie. Po kilkunastu chwilach spotkaliście się.
Vito:
Widzisz jak twoi "ukochani koledzy" powoli wracają w kierunku koszar. Ale chyba za specjalnie im się nie śpieszy, dodatkowo rozmawiają z sobą przy tym...