-
Kersijana
Gdy czuła Jego usta na swoich ramionach wraz z jego oddechem przepełniało ją ciepło... Rozpalało ją i ogrzewało. Błogi spokój ją ogarniał i wielkie odprężenie... Głowę odchylała do tył uwydatniając Swą szyję. Wilgotne wargi były lekko uchylone a ciche westchnienia zaczęły się co jakiś czas z nich wydobywać. Ręka na jej biodrze tak silna a zarazem tak delikatna głaskając ją i pieszcząc powoli podsuwała jej sukienkę. Czuła jak materiał delikatny jak jedwab gładzi ją po udach, powoli w rytm ruchów jego palców podchodzi coraz wyżej. Kersi ścisnęła mimo to mocniej troszkę nogi w kolanach podkurczając je trochę... Bynajmniej nie dlatego, że nie chciała Go wpuścić do swojej intymności, ale dlatego, że motyl,który w jej brzuchu kołatał się już niemiłosiernie chciał wylecieć... Oczy mimowolnie przymykała unosząc ręce za głowę kładąc je na trawę....
Całuj mnie i pieść... wszędzie, każdy skrawek mojego ciała.... Proszę..... Powiedziała w marzeniach.....
-
Kersijana:
Ostatnie promienie słońca jeszcze na was padają, gdy postanowiliście oddać się wspólnemu uczuciu i rozkoszy. Elrohir obcałowywał Twą szyję jeszcze przez chwilę, nie ustając w pieszczotach swymi dłońmi, aż wreszcie wziął Cię na ręce i nie spuszczając Cię ze wzroku począł gdzieś nieść. Jeśli takie nasze przeznaczenie, niech się ono spełni... Rzekł cicho, po czym ucałował kolejny raz namiętnie w usta.
-
Kersijana
Oddając mu pocałunek odpowiedziała. Już się spełniło mój miły.... Mimo narastającego w niej wielkiego podniecenia i pożądania wydobyła z siebie szeptem... Znamy się chwilę a ja gotowa jestem oddać ci się bezgranicznie.... To chyba... miłość... Możliwe, że ona istnieje od pierwszego wejrzenia? Patrzyła mu przez dłuższą chwilę w oczy. Pocałowała go jeszcze w usta... Postaw mnie proszę, zanim zrobimy krok z którego nie będzie już powrotu. Proszę.....
-
Kersijana:
Możliwe Kersijano, wiem, że istnieje, jestem tego pewien - odparł cicho, stawiając Cię zgodnie z Twą wolą i głaszcząc po włosach. Uszanuję twą decyzję, udowodniłaś swą mądrość i umiejętność oparcia się pokusie, moja miła... Ale pragnę, byśmy się teraz nie rozstawali, byśmy spędzili czas ze sobą i jeśli to prawdziwa miłość, pozwolili jej rozkwitnąć. Też tego pragniesz, Kersijano? Spytał, chwytając Cię za dłoń.
Catherine:
Margaret przytaknęła Ci skinieniem głowy, zamruczywszy cicho. Ułożyła się po tym obok Ciebie, ale nie wchodząc pod kołdrę, delikatnie palcami u swej stopy gładząc tylko Twoją, uchyliwszy uprzednio okrycie. Zręcznym ruchem rozpuściła sobie też dotychczas związane włosy, dopiero spostrzegłaś jakie są one piękne, długie i gęste.
Arstan:
Wycieczka po obozie nie jest zbyt pasjonująca, ot mijasz co chwila wszelakich ludzi, większośc z nich jednak udaje się do swych namiotów. Jest jednak kilka rozpalonych ognisk, przy których niektórzy się zebrali i dyskutują, grają na instrumentach, opowiadają, czy po prostu odpoczywają. Panuje bardzo przyjazna atmosfera, wydaje się że wszyscy są braćmi i siostrami.
-
Catherine
Mruknęła cicho gdy przyjaciółka zaczęła ją głaskać swoją stopą - Masz piękne włosy Margaret,tak piękne jak moje.... - powiedziała z uśmiechem,delikatnie ją po nich głaszcząc
-
Catherine:
Aleś ty skromna - odparła z uśmiechem nieco się rumieniąc. Westchnęła też zaraz jakby z rozkoszy...
-
Kersijana
Niczego innego teraz nie pragnę mój miły jak właśnie tego... By nasze uczucie co nas rozgrzało ledwie tląc się gdy nasze spojrzenia splotły się, rozpaliły tą miłość na wieki... To dla tej miłości teraz będę, żyła.... Bez względu na to gdzie pójdziesz i co zrobisz będę myślała o Tobie i tęskniła jeśli nasze drogi będą musiały się, mam nadzieje na chwile, rozejść, A radowała gdy splotą się znów w jeden szlak...
Wzięła elfa za dłoń którą gładził jej włosy... Czujesz jak jest ciepła? to żar który rozpala mnie od środka......
-
Catherine
Skromność nie jest cnotą....Co złego w tym,że piękne kobiety wiedzą o tym że są piękne? - odparła choć nieco zawstydziła się jej westchnięciem - Pomożesz mi się napić?Strasznie spragniona jestem....
-
Malacath:
Ruszaj się, pókim nie stracił cierpliwości - warknął do niego, puszczając go i kierując w niego szablę...
-
Kersijana:
Czuję... We mnie płonie ten sam... Odparł Noldor i znów wziął Cię na ręce, niosąc do swego namiotu. Ułożył Cię potem na wygodnym posłaniu, by zaraz zdjąć Twe buty i ucałować palce u Twych stóp. Spojrzał potem jeszcze w Twe oczy i złożył kolejny pocałunek, tym razem na ustach, po czym zaczął rozdziewać się ze swej zbroi...
Catherine:
I rozpalona, wciąż gorączkujesz... Ciepło ci? Spytała Margaret, wstając i przystawiając Ci po chwili bukłak z wodą do ust.
Malacath:
Karczmarz cały już spocony ze strachu oddał Ci wszystkie Twe rzeczy. Usłyszałeś z zewnątrz ciężki stukot wielu końskich kopyt i okrzyki jeźdźców...