-
Robert
Ahh,nareszcie koniec tej pustyni - powiedział jak gdyby sam do siebie ściszonym głosem tak by nie zbudzić Agnes po czym dodał do Charlotte - Nie frasuj się Panienko,każdemu się zdarzyć może....,jeno teraz tak jak Bertrand prawi dookoła wody nas prowadź,zdołamy dojechać na miejsce przed zmierzchem?
-
Jak byśmy chcieli objechać, to musielibyśmy stracić sporo czasu. Zamek Belvoir łączy obydwa brzegi, tam możemy się przeprawić. Tylko czy powinniśmy się zatrzymywać? Każda chwila się teraz liczy... Odpowiedziała nerwowo Charlotte. Jej oblicze jednak się rozpromieniło, gdy poczuła na swej ślicznej twarzy krople deszczu...
-
Robert
Sugerujesz więc Pani by ominąć Tyberiadę i prosto w stronę Jerozolimy się kierować? - rzekł Robert którego humor również uległ poprawie wraz z zaczynającym padać deszczem i ochłodzeniem temperatury
-
Bertrand
Jeśli od razu do Jeruzalem jedziemy, to zróbmy teraz postój w terenie, niech konie napojone zostaną i odpoczną trochę.
-
Tak Robercie, Bertrand mądrze prawi, zatrzymajmy się tutaj, zmierzch już niebawem. Odpoczniemy do północy i wyruszymy dalej - rzekła Charlotte.
-
Robert
Skinął jej głową na znak aprobaty po czym powiedział ściszonym głosem po Włosku - Boemundzie,połóż się - gdy koń wykonał polecenie Robert wziął Agnes na ręce po czym powiedział do Charlotte - Rozłożysz derkę bym mógł ją na niej ułożyć?
-
Charlotte natychmiast zeskoczyła z konia i rozłożyła derkę na ziemi, przy samej wodzie.
-
Robert
Bardzo delikatnie ułożył na niej Agnes po czym pogłaskał ją jeszcze czule po włosach i oddalił się przygotować dla siebie samego podobne posłanie uprzednio podprowadzając Boemunda do wody i rozpinając mu popręg.
-
Bertrand
Zeskoczył ze swego wierzchowca i rozpiął mu popręg. Bukłak z wodą wziął i zaczął poić Guillaume'a, patrząc jednocześnie na Roberta i Agnes. Gdy ujrzał jak Włoch głaszcze ją po włosach zdębiał. Guillaume uznawszy że nawodnił się już wystarczająco zabrał łeb od Bertranda, lecz ten dalej lał wodę, tym razem już na ziemię zamiast do pyska swego przyjaciela. Ujrzał jednak po chwili co robi i opamiętał się, sam kilka łyków z bukłaka pociągnął po czym z powrotem do juków go przytroczył. Kropierz wierzchowca na ziemi rozłożył i położył się na nim, Guillaume natomiast położył się tuż za jego głową, dzięki czemu Francuz mógł się oprzeć wygodnie. Leżąc wciąż dygotał ze złości.
-
Przygotowaliście sobie w miarę wygodne posłania, łaknąc odpoczynku. Szanowni rycerze - ozwała się Charlotte - czyżbyście nie zapomnieli o wartach? Wszak coś nas zaatakować może, a pan Godwyn to chyba dzisiaj... Nie bardzo nadaje się do pilnowania reszty. Istotnie, Duńczyk zdążył już zasnąć oparty o swego rumaka.