-
Techniczny
Właściwa walka
Zerrikańska wojowniczka
PEŁNE VIRA
Czujność 4, Sprawność 3 (3)
Atak szabla 11 / Atak Łuk 10
OMU 3 / OMF 5
OBRONA BLISKA SZABLA 12 / OBRONA DALEKA 8 także z łukiem.
Pancerz 3
Presja fizyczna 1[ ] 2[ x ] 3[ x ] 4[ x ] 5[ ] 6[ ] 7[ ]
Siła Woli 3
Presja psychiczna 1[ ] 2[ ] 3[ ] 4[ ] 5[ ]
Rany: Lekkie [ ] [ ] Średnia [ ] Poważna [ ] 4 PL
Vira była jak demon śmierci niemal nie do trafienia.
Skuteczność 12 minus 6 daje 6 x5 starć czyli 30, z dorzutem losowy mamy
-10 % więc 27 skuteczności, 3 powalonych i 1 zraniony. Brak ran lekkich.
Mameluk Hasan Al-Siliwani
PEŁNE HASAN
Atak miecz wschodni 13 / Atak Łuk 10
OMU 3 / OMF 6
OBRONA BLISKA MIECZ 12 / OBRONA DALEKA 9 także z łukiem.
Pancerz 5
Presja fizyczna 1[ ] 2[ x ] 3[ x ] 4[ ] 5[ x ] 6[ x ] 7[ x ]
Siła Woli 3
Presja psychiczna 1[ ] 2[ ] 3[ ] 4[ ] 5[ ]
Rany: Lekkie [ x ] [ ] Średnia [ ] Poważna [ ] 4 PL
Skuteczność 13 minus 6 daje 7 x5 starć czyli 35, z dorzutem losowy mamy
-40 % więc 20 skuteczności, 2 powalonych i 1 zraniony. 1 rana lekka, ale uratowałeś setnika Gamboru.
Druid Angus Mac Morn "Niedźwiedź" ze Skellige
PEŁNE ANGUS
Czujność 3, Sprawność 3 (3)
Atak MAGIA 10 + lub 12 jako niedźwiedź
OMU 5 / OMF 5* lub 6 jako niedźwiedź
OBRONA BLISKA Magia 12* 14 jako niedźwiedź/ OBRONA DALEKA 12*.
Pancerz 0 lub 2 jako niedźwiedź
Presja fizyczna 1[ x ] 2[ ] 3[ x ] 4[ x ] 5[ x ] 6[ x ]
Siła Woli 5
Presja psychiczna 1[ ] 2[ ] 3[ ] 4[ ] 5[ ] 6[ ] 7[ ] 8[ ]
Rany: Lekkie [ ] [ ] [ ] Średnia [ ] Poważna [ ] 4 PL
Skuteczność jako niedźwiedź 12 minus 6 daje 6 x5 starć czyli 30, z dorzutem losowy mamy
-10 % więc 27 skuteczności, 3 powalonych i 1 zraniony. Brak ran lekkich.
W 6 rundzie uderzyły goryle z obstawy Ageery i on sam i wrogowie uszli, kilku co ocalało. Przeżył tylko setnik Gamboru z oszczepników. Co robicie?
Dwie minuty później dociera reszta Hanzy na miejsce walki.
-
Techniczny
Dzisiaj nie dam rady pograć wieczorem. Jeśli akcja będzie lecieć szybko i sprawnie to niech MG na ten czas przejmie moją postać. Veronika ma zamiar trzymać się z boku, a w razie jakichkolwiek przesłuchań będzie używać argumentów zastraszania i siły :P
-
Zerrikanka zakręciła sprawnie młyńca szablą i ujrzała wnet, jak jej narzeczony, o zgrozo, w niedźwiedzia się przemienia! Zaskoczenie jej nieliche było, jak ryknął potężnie. Kto mi się oświadczał w końcu, misiek czy człowiek? Pomyślała chwilowo, ale że czasu nie było to wyrwała się i zaczęła walczyć z napierającymi nieznajomymi. Wpadła w jednego, przewracając go na ziemię, drugi zaś chciał wykorzystać chęć Viry do zakończenia całkowicie żywota leżącego i zadał pchnięcie. Kobieta ujrzała je i sprawnym półobrotem uniknęła ataku, tnąc jednocześnie szablą gardło nieszczęśnika. Wtem obalony napastnik podniósł się i rzucił na wojowniczkę z długim nożem trafiając w kolczugę, nic jej nie robiąc. Zerrikanka spojrzała na niego kiwając głową, przysługę przeciwnikowi czyniąc, iż ostatni jego widok to piękna kobieta, choć tak niebezpieczna dla swych nieprzyjaciół. Dała mu chwilę na podjęcie broni, co też uczynił, bo honor nie pozwalał jej z zimną krwią zamordować bezbronnego. Jednak gdy chciał uderzyć drugi raz, dusza wyleciała z ciała wraz z krwią z rozciętego brzucha. Vira rozejrzała się i dostrzegła jednego z napastników, wyjmującego swój oręż z truchła jednego z oszczepników. Wybiegła mu naprzeciw, obydwoje biegiem ruszyli na siebie. Cięcie, szybkie sparowanie i kontratak, po tym zabójca padł martwy na ziemię. Obok wojowniczki przebiegł chyżo jeszcze jeden z napastników, obrywając od niej niegroźnie, ale boleśnie szablą i wywrócił się na ziemię, czekając aż któryś z towarzyszy Zerrikanki dokończy sprawę. Gdy przybył Ageera, Vira podniosła szablę swoim zwyczajem, ale mina nie przejawiała radości, raczej wielkie zdziwienie wymieszane z przerażeniem, gdy patrzyła na narzeczonego jako niedźwiedzia, z okrwawionymi zębami i łapami.
-
Wizja od Bastisa po tym jak Generał wskazał lokalizację domu lorda i jego nazwisko, Bastis zdołał odtworzyć poniższą scenę. Opisy walki nie są obowiązkowe, to byli tylko najemni zabójcy, nic nie wiedzą. Zapłącono im za zabicie obcych z hanzy. Wizję mają wszyscy z Hanzy obecni w Meroe, poza Mehirem.
Pałac Lorda Tuthmesa kilka dni wcześniej.
Afari z pałacu królowej przybył zdać lordowi relacje z poczyna władczyni.
Gdy Afari odszedł, intensywnie rozmyślając nad rozkazami zwierzchnika, Tuthmes przez chwilę stał na środku komnaty, obwieszonej wspaniałymi gobelinami. Ze stożkowatej, mosiężnej kadzielnicy w rogu pokoju sączył się niebieskawy dym. Tuthmes zawołał:
Muru!
Po podłodze zatupały bose stopy. Ciemnoczerwony arras wiszący na jednej ścianie odchylił się i do pomieszczenia wszedł niezwykle wysoki, chudy mężczyzna, schylając głowę we framudze ukrytych drzwi.
Jestem tu, panie powiedział.
Człowiek ten, odziany w luźno owinięty wokół ciała kawał czerwonej materii przerzuconej przez ramię jak toga, górował wzrostem nawet nad rosłym Tuthmesem. Choć jego skóra była czarna jak węgiel, rysy twarz miał wyraziste i ostre, jak u ludzi z rządzącej kasty Meroe. Kędzierzawe włosy miał ufryzowane w fantazyjny czub.
Czy to jest z powrotem w celi? zapytał Tuthmes.
Tak.
Dobrze zabezpieczone?
Tak jest, mój panie.
Tuthmes zmarszczył brwi.
Skąd wiesz, że zawsze usłucha twoich rozkazów i wróci do ciebie? Skąd wiesz, że pewnego dnia nie zabije cię i nie umknie w jakiś nieziemski wymiar, który zwie swoim domem?
Muru rozłożył ręce.
Zaklęcia, jakich nauczyłem się od mego mistrza, czarodzieja wygnanego ze Stygii, jeszcze nigdy mnie nie zawiodły.
Tuthmes przeszył czarnoksiężnika spojrzeniem.
Wydaje się, że wy, czarodzieje, większość życia spędzacie na wygnaniu. Skąd mam wiedzieć, że pewnego dnia jakiś wróg nie przekupi cię, żebyś wypuścił demona na mnie?
Och, panie, nawet o tym nie myśl. Cóż począłbym bez twojej protekcji? Kuszyci gardzą mną, bo nie jestem z ich rasy, a z wiadomych ci powodów nie mogę wrócić do Kordafy.
Hmm. No cóż, dbaj dobrze o swojego demona, bo niebawem możemy znów go potrzebować. Ten gadatliwy głupiec, Afari, niczego nie lubi bardziej, jak uchodzić za mądrego w oczach innych. Rozpowszechni opowieść o zamordowaniu Amboola, wzbogaconą moimi wzmiankami o udziale królowej w tym zabójstwie. Przepaść między Tanandą a jej notablami poszerzy się, a ja zbiorę profity.
Chichocząc w rzadkim przypływie dobrego humoru, Tuthmes rozlał wino do dwóch srebrnych pucharów i podał jeden chudemu czarownikowi, który przyjął je z milczącym ukłonem. Magnat mówił dalej:
Oczywiście, nikomu nie wspomni o tym, że sam rozpoczął tę intrygę, fałszywie oskarżając Amboola i Aahmesa i to bez mego rozkazu. Nie ma pojęcia, że dzięki twoim magicznym sztuczkom, przyjacielu wiem o tym doskonale. Udaje, że jest oddany mojej sprawie i frakcji, ale sprzedałby nas bez wahania, gdyby uznał, że w ten sposób coś zyska. Ma ambicję poślubić Tanandę i władać Kush jako jej małżonek. Kiedy zostanę królem, będę potrzebował pomocnika bardziej godnego zaufania niż Afari.
Sącząc wino, Tuthmes zastanawiał się głośno: - Od kiedy ostatni król, jej brat, poległ w walce ze Stygijczykami, Tananda z trudem utrzymuje się na tronie, wygrywając jedno stronnictwo przeciw drugiemu. Jednak ma zbyt mało charakteru, by utrzymać władzę w królestwie, którego tradycje nie akceptują kobiecych rządów. Ona jest nieokrzesaną, impulsywną dziewką, której jedyną metodą sprawowania władzy jest zabijanie tego wielmoży, którego w danym momencie najbardziej się obawia, niepokojąc i antagonizując w ten sposób pozostałych. Musisz bacznie obserwować Afariego, Muru. I trzymać swego demona w ryzach. Będziemy go jeszcze potrzebować.
Kiedy Kordafańczyk wyszedł, ponownie schylając głowę w przejściu, Tuthmes wszedł na górę schodami z polerowanego mahoniu. Wyszedł na płaski, oświetlony światłem księżyca dach swojego pałacu.
Przechyliwszy się przez parapet, zobaczył w dole ciche uliczki Wewnętrznego Miasta Meroe. Ujrzał pałace, ogrody i wielki, prostokątny plac, na który w mgnieniu oka z przylegających do niego koszar mogło wyjechać tysiąc czarnych gwardzistów.
Patrząc dalej, widział ogromne, spiżowe wrota Wewnętrznego Miasta, a za nimi Zewnętrzne Miasto. Meroe wznosiło się pośrodku rozległej, trawiastej równiny, która rozpościerała się sporadycznie przecinana pasmem pagórków aż po horyzont. Skraj Zewnętrznego Miasta omywała wąska rzeczka wijąca się wśród pastwisk.
Wysoki, masywny mur otaczający pałace rządzącej kasty oddzielał Miasto Zewnętrzne od Wewnętrznego. Szlachta była potomkami Stygijczyków, którzy przed wiekami przybyli na południe, by stworzyć tu imperium i zmieszać swą błękitną krew z krwią czarnych poddanych. Wewnętrzne Miasto było dobrze zaplanowane, o szerokich ulicach i placach, budynkach z kamienia i wspaniałych ogrodach.
Po drugiej stronie muru stało kłębowisko lepianek Zewnętrznego Miasta. Jego uliczki z reguły wychodziły na nieregularne, ciasne place targowe. Zamieszkiwali je głównie czarni Kuszyci , pierwotni mieszkańcy tej ziemi. W Wewnętrznym Mieście mieszkała tylko kasta rządzących, razem ze swoimi sługami i czarnymi jeźdźcami, będącymi ich gwardią przyboczną.
Tuthmes spojrzał na to morze chat. Na nieregularnych placach płonęły ogniska; na krętych uliczkach migotały pochodnie. Od czasu do czasu dolatywał go urywek pieśni , barbarzyńskie zawodzenie pobrzmiewające gniewem lub żądzą krwi. Tuthmes zadrżał i szczelnie owinął się togą.
Przechodząc przez dach, przystanął na widok człowieka śpiącego pod palmą w sztucznym ogrodzie. Trącony czubkiem buta, mężczyzna obudził się i skoczył na równe nogi.
Nic nie mów ostrzegł go Tuthmes. Stało się. Ambool nie żyje. I nim nadejdzie świt, całe miasto będzie wiedziało, że został zamordowany przez Tanandę.
A ten demon? szepnął tamten, dygocząc.
Jest dobrze zamknięty w swojej celi. Odrzekł lord Tuthmes.
-
Angus:
Zbił łapą drżący miecz we wrogich rękach, drugą po chwili rozpruwając brzuch napastnika. Przeciwnik chwycił się za ranę, by powstrzymać wypływające jelita, po czym padł konając. Następnego wroga niedźwiedź powalił swym ciężarem i przegryzł mu krtań. Trzeci zbir machnął przemienionemu druidowi mieczem przed samym pyskiem. Wkurzony Angus zacisnął szczęki na jego kroczu i oderwał mu przyrodzenie. Ogromny wrzask pełen bólu poniósł się po uliczce. Reszta zbirów zawahała się przed atakowaniem tak zabójczego zwierza, najbliżsi zbladli i zasłonili dłonią swój największy skarb gdy zobaczyli pożerającego swą zdobycz. Nagle z drugiej strony rozległ się odgłos miażdżonych czaszek i pękających kości. To przybyła niespodziewana odsiecz w postaci gorylich strażników Ageery. Tego było wrogom za dużo, podali tyły w panicznej ucieczce. Angus zdołał jeszcze tylko ugryźć jednego w tyłek, odrywając kawał portek z kawałkiem mięsa. Przybrał szybko ludzką postać. Zobaczywszy niepewny wzrok narzeczonej zastanowił się czemu tak dziwnie na niego patrzyła. Gdy zorientował się że nadal trzyma w zębach ostatni niedźwiedzi kęs, szybko go wypluł i przetarł usta z ludzkiej krwi. Rozejrzał się po pobojowisku i machnął różdżką lecząc całkowicie Hasana.
-
Vira
Kurwa Angusie! Ty... Ty... Nie mogła wykrztusić z siebie słowa, patrząc przerażonym wzrokiem na druida - coś ty zeżarł!?
-
Angus:
Przekąskę przed obiadem wzruszył ramionami. Następni trzy razy się zastanowią, zanim na nas uderzą.
-
Vira
Pokręciła głową i załamana nerwowym krokiem odeszła nieco, opierając się o pierwszą, lepszą ścianę, nie komentując wyczynów ukochanego.
-
Angus:
Tuthmes i Muru warknął Ja im nogi z rzyci powyrywam, a potem zjem je na ich oczach - rzekł na głos po wizji, gdy dotarła reszta hanzy.
-
Kielon
Ale bajzel, współczuję temu kto to będzie sprzątał hehe, a tak w ogóle widzieliście naszego maga, tak się składa że wiemy gdzie mieszka i chyba pora złożyć mu wizytę hehe