Radzę zaprzestać wojny w Hiszpanii i zostawić tam jednostki wystarczające do tłumienia buntów, zdobyć Syrakuzy, a potem zaatakować Rzym. Polecam używanie dwóch armii przy walkach z Rzymianami.

Pierwsza armia ma obciążyć skarbiec, bo ma być porządna, czyli składać się z: kartagińskich hoplitów, 2-3 jednostek najemnych arystokratów arewackich, kilku oddziałów hoplitów-weteranów i reszty dostępnych, dobrych jakościowo jednostek najemnych, tak żeby zostało miejsca na blisko 5 jednostek miotających. Jeśli starczy pieniędzy, to w przypadku drugiej też polecam wybór najemników, jeśli zaś nie, to proponuję wypełnić ją paroma oddziałami oszczepników i tanimi hoplitami libijskimi. Tutaj idziemy na masę, przy czym oszczepnicy są cenni ze względu na siłę rażenia.

Co do najemników, przy moim sposobie polecam wybrać taki ród, który może werbować ich najtaniej.

Taktyka, która pozwoliła mi osiągnąć przewagę nad Rzymem, składała się z dwóch elementów. Pierwszy to wykorzystanie trybu obozowego, w którym w obliczu dużej liczebności armii rzymskiej wielki pożytek można czerpać z hoplitów i elitarnych jednostek najemnych, zastawiających w odpowiedniej ilości do liczby atakujących każde wejście do obozu. Dlatego polecam się przyjrzeć na początku bitwy w stronę którego wejścia podąża największa masa Rzymian i przetasować ułożenie własnych wojowników oraz tak samo w czasie batalii oceniać, która strona fortyfikacji potrzebuje największą obstawę.

Druga to ignorowanie buntów i skupienie się na wykańczaniu Rzymian. Często nie warto tracić czasu na odbijanie zrewoltowanych regionów, gdy prawdziwy wróg (czyt. Rzym) może to wykorzystać i się odbudować. Buntownicy nie koordynują swoich działań, a ponadto są pasywni, dlatego dobrać się do ich skóry należy po zakończeniu wojny. Oczywiście jeżeli w danym momencie opłaca się odbić jakieś miasto to czemu nie, uwypuklam to, że to nie powinien być priorytet.