Only God forgives. Znając przed projekcją nazwisko reżysera można było się spodziewać coś w rodzaju
Valhalla rising ale i
Drive. Ze względu na Goslinga liczyłem na to drugie. Wyszło coś pośredniego, ze wskazaniem na Valhallę

. Mocnym punktem jest fabuła. Niby klasyka: głównemu bohaterowi mordują brata, czas na zemstę. Tylko że wszystko jest przewrócone do góry nogami. Policjant który za tym stał nie jest złem wcielonym. Brat został zamordowany przez ojca nieletniej prostytutki, która została tuż przedtem zgwałcona i bestialsko zamordowana przez tego pierwszego. Więc brat nie spieszy się z zemstą. Musi przylecieć matka by się zemścić za śmierć pierworodnego. Zmuszony działać, w klasycznej walce na gołe ręce (i nogi

) o dziwo sam dostaje niezły łomot. Pod tym względem film nie jest kalką i to na plus. Lecz nie ukrywam. Nie jestem fanem filmów gdzie wypowiedzi bohaterów to rodzynki, zaś uwypuklanie odgłosów kroków i muza z psychiatryka towarzyszą każdej scenie. Bez zbędnej ściemy przyznaję się, że przy wyborze wystaw prac Kossaków i Picassa przy tych pierwszych bym przepłacił byle wejść, a przy tym drugim musieliby mi sporo dopłacić bym zaczął rozpatrywać samo wejście

Podsumowując: film dla smakoszy.